niedziela, 13 listopada 2011

Wracam, wracam i przepraszam!

Wiem, że miałam straaasznie długą przerwę na blogu, która zaczęła się od mojej wizyty w Gdańsku na weekend, a potem to już wszystko tak szybko się toczyło, że nie wiadomo kiedy... Ale po kolei.
Ostatni weekend października spędziłam w Trójmieście z okazji urodzi mojego dziadka. Byłam tylko na 3 niecałe dni, które zleciały mi tak szybko, były tak wypełnione rozmowami, bieganiem po sklepach, załatwianiem wszystkiego po kolei, że jak wróciłam do Paryża w niedzielę byłam wykończona, a w poniedziałek rano po prostu zaspałam na zajęcia ;) Taki weekend choć krótki bardzo był mi potrzebny, dobrze było zobaczyć choć część rodziny i zjeść polskie prawdziwe ogórki kiszone i kiszoną kapustę! Ach... Kwaśne smaki to dla Francuzów nieznany ląd, terre inconnue, a szkoda. I jak wspaniale było robić zakupy w złotówkach! Wchodzisz do Rossmanna czy Mohito i buzia sama się śmieje! No dobrze, nie o Polsce miało być na tym blogu.
Po powrocie do Paryża, czyli przez ostatnie dwa tygodnie miałam bardzo spokojny odkrywczo okres, nie byłam na żadnej wystawie, nie zwiedziłam nic interesującego, za to odwiedziłam już biblioteki na każdym z wydziałów i zaczęłam się przygotowywać do pisania prac, zaliczeń itd.
Z ciekawszych wydarzeń, o których mogę wspomnieć, to jest to impreza okazji Halloween, bardzo udana zresztą, na której byli wszyscy znajomi z Erasmusa:
Ogólnie w Paryżu jest przepiękna jesień w tym roku, zdarzają się oczywiście chłodniejsze albo pochmurne dni, ale jest bardzo ciepło (dzisiaj było słonecznie, błękitne niebo i około 16-18 stopni!). Sami Francuzi mówią, że jest to wyjątkowe jak na tę porę roku, więc naprawdę mam szczęście korzystać z możliwości oferowanych przez aurę. I tak też zrobiłam w ostatnią środę, kiedy wybrałam się do Jardin des Plantes, przepięknego dużego parku (ogrodów), niektórzy uważają, że wręcz najpiękniejszego w Paryżu. W tłumaczeniu nazywa się to Ogród Roślin i można tam podziwiać najróżniejsze krzewy, drzewa wraz z podpisami, co to jest. Oprócz tego mieści się tam duża palmiarnia, którą również obejrzałam. Niestety zdjęć nie będzie, bo sierotka zapomniała tego dnia zabrać ze sobą aparatu.
A dzisiaj zrobiłyśmy sobie z moją koleżanką Włoszką leniwy, bardzo przyjemny dzień, włócząc się po Dzielnicy Łacińskiej, którą (na pewno się powtarzam) uwielbiam! Okolice Saint Germain des Pres, St. Michel, Odeonu, Pantheonu, Sorbony, to magiczny Paryż pełen knajpek, kin, restauracyjek, sklepów i ludzi spędzających spokojne popołudnia ze znajomymi lub drugimi połówkami. Zaczęłyśmy od kawy i macaronów na śniadanie, od których, mówię to całkiem poważnie, można się uzależnić.
Następnie skierowałyśmy kroki do Polskiej Księgarni, gdzie moja koleżanka zaopatrzyła się w rozmówki polskie, z radością przeglądała książkę kucharską o kuchni polskiej, co w rezultacie doprowadziło do tego, że ja kupiłam rozmówki włoskie, a pan, który tam pracował polecił nam polską restaurację tuż niedaleko, w której podobno stołuje się ambasador, jak mu się zatęskni za polskim obiadem;) To było świetne przeżycie, zjeść prawdziwy dobry żurek i pierogi z kapustą parę kroków od Pantheonu! Pyszności, a Aline była naprawdę zachwycona naszą kuchnią, co do czego miałam na początku obawy, czy jej zasmakuje, bo jednak jest zupełnie różna od włoskiej czy francuskiej....


Potem zajrzałyśmy jeszcze do kilku sklepów i księgarń, gdzie ostatkiem silnej woli powstrzymałam się od kupienia książki z zapisem nigdy nieopublikowanych rozmów z Jacqueline Kennedy, która ukazała się w tym roku i którą początkowo chciałam kupić sobie po polsku. Po francusku to byłaby dla mnie dodatkowa korzyść, ale jestem pewna, że wtedy nie przygotowałabym się na żaden test i nie zdążyłabym napisać żadnego eseju na czas. Tans pis, muszę poczekać.
A z serii obrazków z życia w Paryżu dzisiaj mała wzmianka o ruchu ulicznym. Nie wiem czy kiedykolwiek zdobyłabym się na odwagę poprowadzić samochód w tym mieście. Jeden Francuz powiedział mi, że jak się nauczysz i dasz sobie radę na Placu Concorde, przy Łuku Triumfalnym i na Peripherique to potem już możesz wszędzie jeździć. Ok. Ale jak jeździć! W godzinach szczytu większość stojąc w korkach czy na światłach trąbi niemiłosiernie, nie wiadomo po co, nie wiadomo dlaczego. Poza tym światła tu nie są tak istotne jak w innych państwach. Przechodnie przechodzą zazwyczaj na czerwonym, nawet samej policji przed nosem i nikt na to nie reaguje. Za to mając zielone światło i tak trzeba bardzo uważać, bo samochody akurat jadą... Ogólnie przechodząc przez ulicę najlepiej mieć oczy wokół głowy i uważać. Nie wiem czy na francuskich rondach istnieje jakaś zasada pierwszeństwa, bo z perspektywy pieszego wygląda to tak, że jak się wepchniesz, to masz pierwszeństwo i jedziesz. Jak nie jedziesz to trąbią. I tak sobie ten ruch uliczny funkcjonuje. Inną ciekawą rzeczą jest parkowanie, które jest tu dość swobodnie traktowane, nikt nie trzyma odstępu iluś metrów od pasów, świateł czy skrzyżowania. Po prostu jeśli widzisz trochę miejsca gdziekolwiek, to się cieszysz i parkujesz. A jeśli jest trochę ciasno, to lekko, leciutko można przepchnąć samochód z przodu bądź z tyłu. Zasady są w miarę proste, trzeba sobie radzić :)