niedziela, 15 lipca 2012

10 miesięcy- podsumowanie

Tak kochani, 10 miesięcy, które trwał mój wyjazd na Erasmusa już minęły, nie wiem kiedy, nie wiem jak, jedno jest pewne- bardzo szybko, za szybko. I na samym początku chciałam wytłumaczyć moją bardzo długą nieobecność na blogu. Ostatni post pisałam tuż przed moim dwutygodniowym wyjazdem do Polski, a od tamtego czasu bardzo dużo się zmieniło i czas pędzi jeszcze szybciej. Ale po kolei.
Dwa tygodnie w Polsce przeznaczone były oczywiście na zobaczenie mojej rodziny i przyjaciół, nacieszenie się pierogami ruskimi i kwaszoną kapustą, ale głównie na uregulowanie spraw na uniwersytecie. Musiałam zdać zaległe egzaminy z minionego roku (taki minus, że po erasmusowej ledwie skończonej sesji, wpada się w następną, która w moim przypadku była naprawdę ekspresowa) i załatwić jeszcze jedną bardzo ważną rzecz. Otóż złożyłam dokumenty na staż Erasmusa! Tak, tak, jeszcze nie dość mi fantastycznych programów Unii Europejskiej przeznaczonych dla studentów;) I te dwa tygodnie zleciały baaardzo szybko, były bardzo intensywne, ale też przyjemne, trafiłam prosto na otwarcie Euro 2012, udało mi się nacieszyć atmosferą Poznania tak międzynarodowego i otwartego na inne kultury jak nigdy oraz napić polskiego piwa oglądając mecz Polski. A zaraz po moim powrocie, dosłownie na drugi dzień, zaczęłam staż, na który udało mi się dostać tuż przed wyjazdem. I tu od razu trafiłam w jednej z najgorętszych okresów w roku, tydzień na zaadoptowanie się i poznanie z grubsza jak funkcjonuje firma i zaraz hop! na targi do Florencji, sobota w pracy, niedziela powrót do Paryża i do biura przygotować showroom, który zaczyna się w poniedziałek, a w kolejny weekend kolejne targi, tym razem w Paryżu. Grafik szczelnie wypełniony, godziny pracy wypełniające cały dzień 9h30-19h, czasami trzeba przyjść dużo wcześniej, często wyjść później, normalne. Ale niestety nie miałam już, co Wam opisywać. Zaganiani ludzie na ulicach w czasie lunchu, biegnący po kanapkę, odbierając jednocześnie mejle na swoich iPhonach czy opisy typowego dnia pracy to nie są niestety najciekawsze paryskie atrakcje, więc wybaczcie, że nic się od miesiąca na blogu nie pojawiło. Kocham to miasto to nadal, niestety teraz nie mam okazji cieszyć się nim tak jak wcześniej. Dlatego też z taką czcią celebrowałam mój pierwszy wolny weekend od dawna i starałam nacieszyć się moimi ulubionymi miejscami. Brunch w jednej z kawiarni z książką, gdzie popijając kawę obserwuję ludzi na ulicy, jogging w moim ukochanym parku Monceau czy kawa i naleśnik na Montmartrze oraz zaglądanie do małych, designerskich butików- odetchnąć w weekend Paryżem pełną piersią powinno wystarczyć na kolejny tydzień.
I na koniec jeszcze jedna ważna informacja. Erasmus się skończył, ale mój Paryż nie. On się dopiero rozkręca, to dopiero pierwszy etap tej przygody się zakończył, teraz zaczął się inny, poważniejszy, doroślejszy, samodzielny. Co z tego wyniknie, to się okaże z czasem, na razie plan jest taki: zostaję w Paryżu! Kto czytał bloga, niech życzy mi szczęścia i trzyma za mnie kciuki. Pisanie bloga naturalną koleją rzeczy zakończę, ale przez te kilka miesięcy dawało mi ono dużo radości i motywacji do odkrywania miasta, żeby potem się tym dzielić. Dziękuję za czytanie i miłe komentarze. Może jeszcze kiedyś coś w sieci spod mojej klawiatury powstanie. Dam znać :))
Natalia

sobota, 2 czerwca 2012

Rzut okiem na jedenastą dzielnicę

Czyli wschodnią część prawobrzeżnego Paryża, którą do tej pory znałam dość słabo. Dzisiaj, korzystając z pięknej pogody, spacerowałyśmy z koleżanką uliczkami od placu Republiki w stronę cmentarza Pere Lachaise (na sam cmentarz wybiorę się jednak innym razem). Ogólnie jestem zauroczona tą spokojną, dość różną od innych, dzielnicą, gdzie wieczorami zbierają się młodzi ludzie i przesiadują w kawiarenkach i barach. Małe, urocze butiki, ciekawe akcenty, graffiti, restauracje z różnych części świata i przede wszystkim wolniejsze tempo są znakiem charakterystycznym okolic ulicy St. Maur, Oberkampf, Parmentier... A stamtąd już niedaleko nad kanał St. Martin, o którym dawno już na blogu pisałam.
Parę zdjęć z dzisiejszego spaceru:






Zatrzymałyśmy się w jednej z tych uroczych kawiarenek, żeby zjeść lunch, pyszne sałatki ze szparagami!

A później tak sobie spacerując natrafiłyśmy na algierską cukiernię na ulicy St. Maur (polecam!) z taką ilością specjałów, że nie mogłam oczu nacieszyć. I oglądając zdjęcia poniżej oraz wiedząc, że te delicje są naprawdę bardzo, bardzo słodkie, powiedzcie, jak tu się zdecydować na jedno, dwa ciasteczka, na które?? Wybrałam w końcu ciacho z pistacjami, które uwielbiam :)




Zaraz obok natomiast znajduje się algierska kawiarnia, gdzie można napić się oryginalnie podanej herbaty miętowej, która tradycyjnie powinna być bardzo słodka, ale pani pytała czy podać może trochę mniej słodką, co zdecydowanie jest moją opcją. Herbata pyszna, czuć, że parzona z liści świeżej mięty. I pięknie podana :)
A to mały akcent z wystroju kawiarni:

Na spokojne sobotnie spacery lub wieczorny wypad na drinka, dzielnice jedenastą jak najbardziej polecam:)
Teraz niestety będę miała małą przerwę, bo jadę do Polski na jakiś czas, ale zaraz po powrocie mam w planach zwiedzenie 19 i 20 dzielnicy, muzeum Orsay (aż wstyd, że jeszcze się nie wybrałam) i kilka innych miejsc. A bientot!

wtorek, 29 maja 2012

To był maj...

Moi mili czytelnicy, ja wcale o swoim blogu nie zapomniałam! Powodem dość długiego zastoju tutaj jest dość spokojny majowy rozkład zajęć, a dokładniej kilka powodów:
- nie odwiedzałam żadnych muzeów (w kwietniu było tego dość sporo, więc postanowiłam dać Wam i sobie trochę odpocząć)
- nie fotografowałam bagietek, ciasteczek, sałatek i widoków z okna, paryskich ulic, a po prostu bardzo często zapominałam zabrać ze sobą bądź naładować aparatu
- spędzałam dość dużo czasu w najpiękniejszej bibliotece, jaką znam, starej położonej w sercu  dzielnicy łacińskiej bibliotece St. Genevieve, którą śmiało mogę nazwać odkryciem tego miesiąca. Jest to imponująca, zabytkowa biblioteka, w której niestety nie mogłam zrobić zdjęcia, ale tam aż chce się iść! Tylko trzeba uważać: bardzo dużo studentów przychodzi tam się uczyć, a w sobotę, jeżeli nie wstanie się wystarczająco wcześnie, trzeba odstać swoje w kolejce do wejścia
- pogoda na początku była dość kapryśna, lało, nie było zbyt ciepło, a opisywanie deszczowych dni sprowadziłoby chmury również na mojego bloga
- była mała paryska sesja egzaminacyjna, ale już jestem po!:)
- a kiedy zrobiło się wreszcie pięknie i upalnie, tak bardzo spragniona słońca uciekałam do parków wygrzewać się, obserwować ludzi i powtarzać słówka. Parkiem, który odkryłam w tym miesiącu jest położony w Boulogne Parc Rotshild, urokliwy, dość rozległy park z małym jeziorkiem, stadniną koni i wodospadem. Idealne miejsce na piknikowanie.
I tak ten maj prawie już zleciał...  A co za tym idzie i mój Erasmus niedługo dobiega końca, co wcale nikogo nie cieszy. Ale póki co nie ma co się smucić, ten magiczny rok się nie skończył, a przede wszystkim zostało mi jeszcze wiele rzeczy do zrobienia, zobaczenia i spróbowania, czym będę się na blogu na bieżąco dzielić :)

wtorek, 8 maja 2012

Prezydent Republiki

Miniona niedziela była ważnym dniem dla Paryża, całej Francji oraz Europy. W wyborach prezydenckich zwyciężył Francois Hollande z Partii Socjalistycznej, a w wieczór wyborczy na paryskie ulice wyległy tysiące ludzi (z różnych opcji, ale głównie zwolenników socjalisty), więc i mnie nie mogło tam zabraknąć ;) Najpierw tuż przed ogłoszeniem wyników udałam się pod siedzibę partii socjalistycznej, gdzie tłum był tak gęsty, że ludzie po prostu nie mieścili się na rue Solferino i innych uliczkach wokół, tak że ścisk stawał się aż niebezpieczny. Dopchanie się do ekranu było niemożliwe, chociaż udało mi się z daleka dojrzeć wynik. Ryk (krzyk to za mało) radości i satysfakcji wybuchł na wieść 52% Hollanda i tłum zaczął się rozchodzić, głównie w kierunku placu Bastylii, ukochanego przez lewicę symbolicznego placu, gdzie całą noc miano świętować zwycięstwo socjalistów. No to ja też na plac Bastylii i tam rzeczywiście była prawdziwa impreza- tłumy jeszcze większe, ogromna scena, telebim, masa stoisk z kiełbaskami (wyborczymi;)), szaszłykami, frytkami, napojami i alkoholami. Koncerty, czołowi politycy lewicy, flagi, roześmiane i pełne nadziei głównie młode twarze we wszystkich kolorach. Uliczki okalające plac Bastylii zapchane całkowicie, na placu może głów, ludzi, którzy wdrapują się na światła, znaki, dachy, żeby coś zobaczyć. I przede wszystkim podniosły nastrój, atmosfera radości, jedności, solidarności, poczucie, że dzieje się coś wyjątkowego. Francja potrafi pięknie świętować i czcić swoją demokrację, oznaką jest chociażby 81% frekwencja.
A jeśli chodzi o flagi, uderzające jest, że nie było to tylko flagi Francji czy Partii Socjalistycznej. Bardzo dużo flag we wszystkich kolorach pochodzące głównie z północnej Afryki. W końcu imigranci popierali Hollanda. Po samych flagach łatwo było zauważyć, jak wielu ich jest i z jak wielu miejsc pochodzą.
A poniżej kilka zdjęć, to pierwsze jest ściągnięte z internetu, żeby pokazać plac z góry.







I filmiki, które nagrałam w tłumie po północy:


środa, 2 maja 2012

1 maj i konwalie

Czy wiecie, że Francuzi z okazji Święta Pracy obdarowują siebie małymi bukiecikami konwalii? To taki ich zwyczaj, dlatego wczoraj wszędzie na ulicach można było zauważyć małe stoiska z konwaliami, czasami w połączeniu z małą różyczką. Miły sposób świętowania 1 maja.

Inną alternatywą były wiece i pochody zorganizowane przez czołowych francuskich polityków w różnych częściach miasta. I tak jak pochód zorganizowany przez partię komunistyczną Melenchona nie dziwi w ogóle, bo jest to ideologicznie spójne, tak trudniej ocenić ten sam pomysł u Marine  Le Pen, przywódczyni skrajnej prawicy, która zorganizowała swój meeting przy Operze czy u Sarkozy'ego, którego zwolennicy spotkali się na Trocadero i podobno przybyli tak tłumnie, że samego niezbyt wysokiego prezydenta trudno było w ogóle zobaczyć. No ale druga tura wyborów już w niedzielę, atmosfera jest naprawdę gorąca, dzisiaj wieczorem w telewizji odbędzie się debata Hollande-Sarkozy, która może zadecydować o wyniku niedzielnych wyborów. W mediach podkreśla się cały czas dużą liczbę niezdecydowanych, szczególnie wśród osób, które w pierwszej turze zagłosowały na Le Pen (18% to był rekordowy w historii wynik skrajnej prawicy), która nie poparła osobiście żadnego z kandydatów do drugiej tury. A więc z uwagą i rosnącymi emocjami śledzę rozwój wydarzeń.
Ja swoją majówkę spędziłam jednak zupełnie inaczej, mianowicie wybrałam się ponownie do parku Buttes Chaumont z moją koleżanką Aline, który tym razem obeszłyśmy wzdłuż i wszerz. Sam park jest naprawdę imponujący swoimi rozmiarami, piękną roślinnością, niespotykaną w miejskich parkach rzeźbą terenu i ciekawymi zakątkami. Bardzo dużo osób wylegiwało się i opalało na trawie, siedziało nad brzegiem jeziora, dzieci biegały i szalały na karuzeli, a w kolejce po lody opłaciło się chwilę postać, bo były one naprawdę pyszne.








Zdjęcia

Wiem, że to trochę dziwne dodawać kilka postów jednego dnia, ale przez ostatnie kilka dni nie pisałam regularnie, a uznałam, że bardziej przejrzyście będzie podzielić wszystkie wydarzenia w osobne posty tematyczne, żeby lepiej oddać charakter każdej chwili czy wydarzenia.
A niniejszy post opisuje piękną, słoneczną niedzielę 29 kwietnia, którą spędziłam na Marrais. Paryżanie tak bardzo spragnieni słońca i ciepła wylegli tego dnia tłumnie na ulice. Co bardzo mi się podoba, w niedziele wiele uliczek dzielnicy Marrais zamknięte jest dla samochodów i autobusów i przemienia się w deptaki spacerowe. I należy dodać, że całe szczęście, bo trudno mi wyobrazić sobie, żeby wszyscy spacerowicze mieli pomieścić się na tych wąskich chodnikach ;) Kawiarnie, szczególnie stoliki na zewnątrz były pełne, wiele sklepów otwartych, a w powietrzu czuło się prawdziwą wiosnę.
Głównym punktem programu była wystawa zdjęć w opisywanym już kiedyś przeze mnie Europejskim Domu Fotografii, gdzie tym razem ogladałam prace Dominique Issermann. Były to tylko zdjęcia Laetitii Casty zrobione przez 3 dni w spa, gdzie spotkały się w tym celu modelka i pani fotograf. Zdjęcia piękne, polecam serdecznie, tym bardziej, że kupując bilet można obejrzeć również prace innych fotografów, między innymi Paolo Pellegrina, którego piękne zdjęcia z najbiedniejszych i najbardziej niebezpiecznych zakątków świata potrafią poruszyć do łez. Afganistan, Iran, Haiti, Gaza Darfour to tylko niektóre z miejsc, gdzie fotograf zamknął w kliszy fotograficznej cierpienie niewinnych ludzi. Jednocześnie, abstrahując od kontekstu politycznego tych zdjęć, są one piękne pod względem artystycznym. Chapeau bas dla Pellegrina. Jedynym dysonansem może być natychmiastowe przejście od zdjęć piękna, mody, robionych dla czystej przyjemności czy próżności do zdjęć, które uświadamiają cały ogrom nieszczęść i okrucieństwa współczesnego świata.
Ogólnie na wystawie nie można robić zdjęć, ale mi niepokornej udało się zrobić kilka fotek zdjęć Casty, gdzie nie było nikogo pilnującego (z Pellegrinem było to niestety niemożliwe).




A tu kilka zdjęć zrobionych "na wariata" na skuterze (oczywiście to nie ja prowadziłam), gdzie przemierzając miasto mija się tyle ciekawych miejsc. A że niebo było tak niebieskie, atmosfera tak pogodna i radosna, nie mogłam odmówić sobie zrobienia kilku zdjęć, gdzie popadnie :)





Kwiecień plecień, czyli deszcz

Tak niestety trafiło, że praktycznie przez wszystkie dni pobytu moich rodziców padało i albo było bardzo zimno, albo dość chłodno... Udało nam się złapać kilka słonecznych momentów, ale i tak bez względu na pogodę raźno zwiedzaliśmy i oglądaliśmy Paryż, co w tłumaczeniu można ująć tak, że ja chciałam rodzicom jak najwięcej pokazać, a oni za mną szli z bolącymi nogami ;) Ale ogólnie było bardzo sympatycznie, dużo zobaczyliśmy, mnie oczywiście nogi też bolały, ale przecież tu jest tyle do oglądania! Starałam się, żebyśmy jedli w miejscach, których nie ma w Polsce, żeby zakosztować tej różnorodności. Tak więc w programie były obowiązkowo bretońskie naleśniki, baklawa i herbata miętowa w meczecie, jagnięcina i mięso wołowe przyprawiane miętą u Turka, makarony i bagietki i oczywiście francuskie wino:)
A tu kilka zdjęć zrobionych w różnych zakątkach miasta, większość z tych miejsc opisywałam już na blogu, bądź są tak znane, że na pewno bez problemu zgadniecie gdzie to jest:)







No dobrze, dwa zdjęcia mogą być nowe: te falujące kamienice to Montmartre, ale "od tyłu", czyli z drugiej strony wzgórza i właściwie tamta okolica to moje odkrycie ostatnich tygodni, które serdecznie wszystkim polecam. Jest tam spokojnie, urokliwie, nie ma zbyt wielu turystów, jest za to całe mnóstwo urokliwych kawiarenek. Mam namyśli głównie ulicę Custine i Coulaincourt, a idąc w dół tę ostatnią robimy miły spacer, obchodząc wzgórze, przechodząc obok cmentarza Montmartre i dochodząc pod Moulin Rouge. Natomiast rozeta uwieczniona na zdjęciu powyżej znajduje się w Kościele St. Eustache położonym tuż obok hal.