Znane pod nazwą Musee du Quai Branly to jedno z najnowszych muzeów w Paryżu, które jeżeli się nie mylę zostało otwarte w 2006 roku (podaję informację za moim przewodnikiem paryskim, który jest już dość stary i który na 2006 rok właśnie zapowiadał oddanie tego muzeum) i w którym znajdziemy mnóstwo eksponatów z różnych, słabo znanych zakątków świata: Oceanii, Afryki, Azji i obu Ameryk. Mimo że sztuka prymitywna i dzieła różnych ludów świata nie są moją ulubioną dziedziną, to uważam, że muzeum warto zobaczyć, choćby ze względu na jego oryginalność, ciekawą formę i urządzenie budynku, inną niż zazwyczaj atmosferę i bardzo dobrą organizację. Muzeum oferuje stałą ekspozycję oraz kilka wystaw tymczasowych, ponadto prowadzi programy dla dzieci, szczególnie dużo dzieje się w okresie wakacji, nawet takich krótkich, międzysemestralnych.
Na początek kilka zdjęć przestawiających niebanalną architekturę budynku, który położony jest w bezpośrednim sąsiedztwie wieży Eiffela i przy Sekwanie.
Z samych eksponatów znaleźć można między innymi takie cuda-dziwactwa (nie podpisuję poszczególnych dzieł, bo to dość trudne, ale wspomnę, że kolorowe stwory pochodzą z karnawału w Boliwii, a jeden ze strojów z tą małą rzeczą obok należał do szamana):
A tutaj zdjęcie 2 w 1, tancerka indyjska i Natalia z aparatem ;)
Jak wyżej wspomniałam, muzeum jest bardzo skomputeryzowane, przy każdej grupce eksponatów jest mały komputerek-ekranik, za pomocą którego można pogłębić swoją wiedzę na dany temat i urozmaicić zwiedzanie. Bardzo dużo jest też ekranów z krótkimi filmami o danej kulturze, danym plemieniu lub ludzie zamieszkującym jakąś konkretną część świata.
A pogoda jest typowo w deseń kwiecień-plecień, pada 10-15 min, potem wychodzi słońce i tak w kółko. Wszystko się już pięknie zieleni, spacer wzdłuż Sekwany jest prawdziwą przyjemnością, szkoda tylko, że temperatura jeszcze jakaś taka niewiosenna...
A jutro przyjeżdżają z wizytą moi rodzice. Mam więc nadzieję, że uda nam się razem odkryć jakieś ciekawe zakątki, małe uliczki i kafejki warte polecenia. I teraz wszyscy z dobrym sercem pomodlą się, żeby nam nie lało jak z cebra tak, jak to przedstawia prognoza pogody ;)
Mam tę okazję i szczęście spędzić cały rok akademicki w tym, jak mówią, najpiękniejszym mieście świata. Na blogu dzielę się moimi wrażeniami, przeżyciami i spostrzeżeniami na temat Paryża i jego mieszkańców. Zabytki, ulice, kultura, życie codzienne, kuchnia, moda, uczelnia, życie nocne- bienvenue a Paris.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
wtorek, 17 kwietnia 2012
Filmik w meetingu
Zerknijcie jeszcze raz na post z 16 kwietnia "Polityka w sztuce i na odwrót". Dodałam jeszcze jeden film z meetingu Hollande, który wcześniej nie chciał mi się załadować. Jestem tam w samym środku tłumu skandującego Hollande- president ;)
Helmut Newton w Grand Palais
Ja wiem, że to już trochę nudne, same relacje z wystaw, do tego tylko wystawy fotografii, ale wybaczcie, 6 stopni, które dzisiaj jest za oknem to jest jakaś aberracja, nie wiem, na pewno nie jest to normalne! Ja tu się nastawiłam na piękną paryską wiosnę, na włóczenie się po małych uliczkach wszystkich możliwych dzielnic, na piknikowanie, oglądanie ludzi, życia ulicy, a tu klops. Więc póki co, będą wystawy i zdjęcia. Planuję w tym tygodniu wybrać się do muzeum cywilizacji, więc może będzie to jakaś odmiana. A tak nawiasem mówiąc, moda nie zna granic poświęceń. Regularnie co jakiś czas widzę na ulicy w tę straszną pogodę kobiety ubrane w sandałki na gołą stopę! Butki owszem ładne, ale ja z tęsknotą myślę o moich zimowych timberlandach, które wywiozłam już do polski...
A jeśli chodzi o samego Newtona, to ja się tej wystawy nie mogłam doczekać, w końcu to nazwisko przyciąga jak magnes! No i oczywiście przyciągało masy Paryżan i turystów, ja sama zaliczyłam najpierw dwa podejścia zakończone fiaskiem przez ogromną kolejkę, a potem poszłam po rozum do głowy. Pan pilnujący powiedział, że najmniejsze kolejki są wieczorem, a jeżeli kupi się bilet przez internet, to w kolejce nie stoi się w ogóle. Proste? I to była prawda. O godz. 20.15 oglądających było bardzo mało, a z biletem weszliśmy od razu. I to jest dobra rada również dla wszystkich chcących oszczędzić sobie czasu również jeśli chodzi o inne wystawy tymczasowe, szczególnie te w Grand Palais, które cieszą się dużym zainteresowaniem. Dodać muszę, że sam duży pałac jest piękny, monumentalny, harmonijny, bardzo elegancki. I te kwitnące kasztany tuż obok na Polach Elizejskich! Tylko to zimno jakoś w parze nie idzie...
A Newton oczywiście nie był niespodzianką. Klasa sama w sobie, zdjęcia dobrze znane, gablotka z jego polaroidami, choć wystawa nie jest zbyt szeroka. Jedynym mankamentem jest złe oświetlenie, które odbija się od zdjęć i czasami trzeba szukać odpowiedniego kąta, żeby zobaczyć coś innego niż swoje odbicie. Nie można było robić zdjęć, ale ciii... kilka przemycam ;)
Jeśli chodzi o ciekawostki z życia codziennego, to ostatnio straciłam zupełnie głowę dla.... bagietek! Ale tych z piekarni, bo te w supermarkecie są niedobre, a kosztują tyle samo. Natomiast świeża bagietka z piekarni jest tak dobra jak ciastko! Rzadko kiedy mogę ją donieść w całości do domu, nie skubnąwszy choć trochę, a potem cały czas podjadam, samą, bez niczego, i tak podjadam, podjadam, aż zjadam całą! Jedna z moich małych paryskich przyjemności. I kto by pomyślał, że życie może być tak proste, że bagietka wystarczy?:)
A jeśli chodzi o samego Newtona, to ja się tej wystawy nie mogłam doczekać, w końcu to nazwisko przyciąga jak magnes! No i oczywiście przyciągało masy Paryżan i turystów, ja sama zaliczyłam najpierw dwa podejścia zakończone fiaskiem przez ogromną kolejkę, a potem poszłam po rozum do głowy. Pan pilnujący powiedział, że najmniejsze kolejki są wieczorem, a jeżeli kupi się bilet przez internet, to w kolejce nie stoi się w ogóle. Proste? I to była prawda. O godz. 20.15 oglądających było bardzo mało, a z biletem weszliśmy od razu. I to jest dobra rada również dla wszystkich chcących oszczędzić sobie czasu również jeśli chodzi o inne wystawy tymczasowe, szczególnie te w Grand Palais, które cieszą się dużym zainteresowaniem. Dodać muszę, że sam duży pałac jest piękny, monumentalny, harmonijny, bardzo elegancki. I te kwitnące kasztany tuż obok na Polach Elizejskich! Tylko to zimno jakoś w parze nie idzie...
A Newton oczywiście nie był niespodzianką. Klasa sama w sobie, zdjęcia dobrze znane, gablotka z jego polaroidami, choć wystawa nie jest zbyt szeroka. Jedynym mankamentem jest złe oświetlenie, które odbija się od zdjęć i czasami trzeba szukać odpowiedniego kąta, żeby zobaczyć coś innego niż swoje odbicie. Nie można było robić zdjęć, ale ciii... kilka przemycam ;)
Jeśli chodzi o ciekawostki z życia codziennego, to ostatnio straciłam zupełnie głowę dla.... bagietek! Ale tych z piekarni, bo te w supermarkecie są niedobre, a kosztują tyle samo. Natomiast świeża bagietka z piekarni jest tak dobra jak ciastko! Rzadko kiedy mogę ją donieść w całości do domu, nie skubnąwszy choć trochę, a potem cały czas podjadam, samą, bez niczego, i tak podjadam, podjadam, aż zjadam całą! Jedna z moich małych paryskich przyjemności. I kto by pomyślał, że życie może być tak proste, że bagietka wystarczy?:)
poniedziałek, 16 kwietnia 2012
Polityka w sztuce i na odwrót
Tytuł może trochę niejasny, ale opowiadając, co ciekawego ostatnio udało mi się zobaczyć, na pewno trochę go rozjaśnię. Ale zacznę od tego, że jest tak zimno, że to po prostu niemożliwe! Jest połowa kwietnia i mimo że pięknie kwitną magnolie i kasztany, to temperatura i zimny wiatr oraz dość częste deszcze dają raczej wrażenie, że zbliża się jesień, a nie wiosna... Szkoda strasznie, bo już mam taką ochotę na długie spacery, zwiedzanie "na zewnątrz", a tymczasem czasami na dworze nie można wytrzymać..
A z ciekawostek artystycznych widziałam w sobotę wystawę zdjęć znanego chińskiego artysty Ai Weiwei oraz amerykańskiej fotografki z pierwszej połowy naszego wieku, Berenice Abott, która ma miejsce w budynku Jeu de Paume znajdującego się w rogu ogrodów Tuilleries przy Luwrze. Nie znałam wcześniej Abott, której zdjęcia datują się od lat 20. zeszłego wieku i uwieczniają różne zakątki w USA, w tym duża część Nowy Jork. Ciekawe, ale nic, co chwytałoby za serce.
Natomiast jeśli chodzi o samego Ai Weiwei, to muszę się wypowiedzieć szerzej, bo dosyć mnie to uderzyło. Jak powszechnie wiadomo Weiwei był aresztowany przez komunistyczne władze chińskie, wcześniej był w łasce reżimu i został współautorem znanego olimpijskiego stadionu "ptasie gniazdo". Znamy go, wszyscy współczujemy. W latach 80. Weiwei studiował w Nowym Yorku, z tego okresu pochodzi też część zdjęć eksponowanych w Jeu de Paume. Artysta jest bardzo znany na całym świecie, a ja oglądając jego prace zastanawiałam się- dlaczego? Nie jestem niestety znawcą sztuki nowoczesnej, nie mam żadnego wykształcenia w tym kierunku, ale jako odbiorca, jako uczestnik wystawy uważam, że mam prawo wypowiedzieć swoje zdanie. A jest on zdecydowanie negatywne. Prace Ai Weiwei'ego zupełnie do mnie nie przemawiają, nie podobają mi się, nie rozumiem w nim przesłania, motywu, nie dostrzegam walorów artystycznych. Nie neguję oczywiście zasług przy projekcie stadionu, który jest jak najbardziej imponujący, ale mówię o setkach zdjęć z wystawy. Oglądając je z koleżanką stwierdziłyśmy, że gdybyśmy zrobiły kilka podobnych zdjęć u siebie w ogrodzie, łazience, swoich znajomych, jedzenia, swojego brzucha i palca środkowego, a do tego dorzuciły kilka zdjęć z domowych albumów, to miało by to wartość podobną do tej, która obejrzałyśmy w wykonaniu Weiwei. Jeżeli więc ktoś nie jest zwolennikiem Abott bądź Weiwei, uważam, że nie warto płacić za bilet wstępu. A fotek oprócz tej jednej przy wejściu nie wrzucam, bo nie można ich było robić...
Potem był szybki spacer po wiosennych Tuilleries, z których szybko wygoniło nas zimne wiatrzysko!
A teraz trochę polityki, bo we Francji teraz bardzo gorący okres, wszyscy żyją wyborami prezydenckimi, gdzie w przyszłą niedzielę w pierwszej turze zostaną wyłonieni dwaj kandydaci do drugiej tury, czyli jak wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, Hollande i Sarkozy. Nastroje różne, każdy ma swoich zwolenników, jak i przeciwników, o czym świadczyć może zdjęcie poniżej:
To naklejka na tabliczce z nazwą ulicy która znaczy: Ślepy zaułek/impas Sarkozy, były prezydent Republiki w latach 2007-2012 ;)
A wczoraj w Paryżu odbyły się wiece dwóch głównych kandydatów- Sarkozy'ego na placu Concorde, a Hollande w Vincennes, małej miejscowości na obrzeżach Paryża, znanej z pięknego zamku, przy którym też całe spotkanie się odbyło.
Oto zdjęcie zrobione przed meetingiem Sarkozy'ego, kiedy jego zwolennicy zaczynali się zbierać:
Ja z kolei wybrałam się na spotkanie Francois Hollande, gdzie portali internetowych zebrało się ok. 100 tysięcy ludzi. Tłum był rzeczywiście ogromny, nastroje dość bojowe i entuzjastyczne, a w takim ścisku nawet tego zimna tak się nie odczuwało. Wyglądało to tak, zmierzając na miejsce spotkania:
i już w samym tłumie zwolenników:
W przyszłą niedzielę w Paryżu będzie zapewne jeszcze ciekawiej i goręcej ;)
A z ciekawostek artystycznych widziałam w sobotę wystawę zdjęć znanego chińskiego artysty Ai Weiwei oraz amerykańskiej fotografki z pierwszej połowy naszego wieku, Berenice Abott, która ma miejsce w budynku Jeu de Paume znajdującego się w rogu ogrodów Tuilleries przy Luwrze. Nie znałam wcześniej Abott, której zdjęcia datują się od lat 20. zeszłego wieku i uwieczniają różne zakątki w USA, w tym duża część Nowy Jork. Ciekawe, ale nic, co chwytałoby za serce.
Natomiast jeśli chodzi o samego Ai Weiwei, to muszę się wypowiedzieć szerzej, bo dosyć mnie to uderzyło. Jak powszechnie wiadomo Weiwei był aresztowany przez komunistyczne władze chińskie, wcześniej był w łasce reżimu i został współautorem znanego olimpijskiego stadionu "ptasie gniazdo". Znamy go, wszyscy współczujemy. W latach 80. Weiwei studiował w Nowym Yorku, z tego okresu pochodzi też część zdjęć eksponowanych w Jeu de Paume. Artysta jest bardzo znany na całym świecie, a ja oglądając jego prace zastanawiałam się- dlaczego? Nie jestem niestety znawcą sztuki nowoczesnej, nie mam żadnego wykształcenia w tym kierunku, ale jako odbiorca, jako uczestnik wystawy uważam, że mam prawo wypowiedzieć swoje zdanie. A jest on zdecydowanie negatywne. Prace Ai Weiwei'ego zupełnie do mnie nie przemawiają, nie podobają mi się, nie rozumiem w nim przesłania, motywu, nie dostrzegam walorów artystycznych. Nie neguję oczywiście zasług przy projekcie stadionu, który jest jak najbardziej imponujący, ale mówię o setkach zdjęć z wystawy. Oglądając je z koleżanką stwierdziłyśmy, że gdybyśmy zrobiły kilka podobnych zdjęć u siebie w ogrodzie, łazience, swoich znajomych, jedzenia, swojego brzucha i palca środkowego, a do tego dorzuciły kilka zdjęć z domowych albumów, to miało by to wartość podobną do tej, która obejrzałyśmy w wykonaniu Weiwei. Jeżeli więc ktoś nie jest zwolennikiem Abott bądź Weiwei, uważam, że nie warto płacić za bilet wstępu. A fotek oprócz tej jednej przy wejściu nie wrzucam, bo nie można ich było robić...
Potem był szybki spacer po wiosennych Tuilleries, z których szybko wygoniło nas zimne wiatrzysko!
A teraz trochę polityki, bo we Francji teraz bardzo gorący okres, wszyscy żyją wyborami prezydenckimi, gdzie w przyszłą niedzielę w pierwszej turze zostaną wyłonieni dwaj kandydaci do drugiej tury, czyli jak wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują, Hollande i Sarkozy. Nastroje różne, każdy ma swoich zwolenników, jak i przeciwników, o czym świadczyć może zdjęcie poniżej:
To naklejka na tabliczce z nazwą ulicy która znaczy: Ślepy zaułek/impas Sarkozy, były prezydent Republiki w latach 2007-2012 ;)
A wczoraj w Paryżu odbyły się wiece dwóch głównych kandydatów- Sarkozy'ego na placu Concorde, a Hollande w Vincennes, małej miejscowości na obrzeżach Paryża, znanej z pięknego zamku, przy którym też całe spotkanie się odbyło.
Oto zdjęcie zrobione przed meetingiem Sarkozy'ego, kiedy jego zwolennicy zaczynali się zbierać:
Ja z kolei wybrałam się na spotkanie Francois Hollande, gdzie portali internetowych zebrało się ok. 100 tysięcy ludzi. Tłum był rzeczywiście ogromny, nastroje dość bojowe i entuzjastyczne, a w takim ścisku nawet tego zimna tak się nie odczuwało. Wyglądało to tak, zmierzając na miejsce spotkania:
i już w samym tłumie zwolenników:
W przyszłą niedzielę w Paryżu będzie zapewne jeszcze ciekawiej i goręcej ;)
czwartek, 5 kwietnia 2012
Doisneau Paris Les Halles
Dzisiaj, za drugim podejściem, uzbrojone w cierpliwość, przygotowane na długą kolejkę (50 minut w kolejce, 45 minut na wystawie, c'est la vie ;)) udało nam się z koleżanką zobaczyć wystawę zdjęć Roberta Doisneau, bardzo znanego i popularnego fotografa paryskiego, która obejmowała tylko fotografie Les Halles- hal targowych położonych w samym centrum Paryża, tuż obok Rue Rivoli. Miejsce magiczne, pełne życia, gwaru, ruchu, swoisty mikrokosmos w sercu wielkiej metropolii przyciągał Doisneau jak magnez. Zola naztwał les Halles "Le ventre de Paris"- czyli brzuch Paryża. Żeby móc uchwycić wszystkie te momenty i sceny z życia codziennego sprzedawców, kupców, łazików, Doisneau budził się o 3 w nocy, żeby dotrzeć do hal na najruchliwsze godziny handlowe. Hale powstały pod rządami Napoleona III, ukończone w 1870 roku. Pierwsze zdjęcie Doisneau w halach datuje się na 1933 roku, jednak to na lata 50 i 60 przypada jego największa aktywność w les Halles. W tych halach targowych można było kupić wszystko: mięso, świeże warzywa, sery, ryby, masło, jajka, kwiaty, zakupy robili tam zarówno kupcy, właściciele restauracji, jak i osoby indywidualne na potrzeby swoich gospodarstw domowych. W latach 60. dzielnica, w której położone były hale, zaczęła się dusić, warunki sanitarne były niepokojące, dlatego też powzięto decyzję o przeniesieniu targu do miasteczka położonego pod Paryżem- Rungis. Zastanawiano się, co zrobić z pozostałymi w Paryżu pawilonami i mimo wielu protestów mieszkańców popełniono największy błąd urbanizacyjny, jak mówią- o dekonstrukcji hal. Tym większą wartość mają zatem zdjęcia Doisneau. Obecnie w tym miejscu znajduje się bardzo nieciekawe architektonicznie duże centrum handlowe, więc naprawdę smutny koniec pięknej historii miejsca, które trwale zapisało się w pamięci Paryżan.
A teraz trochę zdjęć.
Nasze trudne początki i poświęcenia (a dodać muszę, że dzisiaj było strasznie zimno!):
Potem było już ciepło i bardzo ciekawie:
A to zdjęcia zdjęć ;)
A na marginesie, to miałam już okazję przyjrzeć się bliżej les Halles i codziennym zajęciom osób, które tam pracują. W zeszłym semestrze pisałam esej na przedmiot miasta nowoczesności, gdzie analizowałam między innymi obraz Victora-Gabriela Gilberta "Skwer przed Halami":
A teraz trochę zdjęć.
Nasze trudne początki i poświęcenia (a dodać muszę, że dzisiaj było strasznie zimno!):
Potem było już ciepło i bardzo ciekawie:
A to zdjęcia zdjęć ;)
A na marginesie, to miałam już okazję przyjrzeć się bliżej les Halles i codziennym zajęciom osób, które tam pracują. W zeszłym semestrze pisałam esej na przedmiot miasta nowoczesności, gdzie analizowałam między innymi obraz Victora-Gabriela Gilberta "Skwer przed Halami":
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)