środa, 28 września 2011

Lato w Paryżu ;)

Przepiękna pogoda, niezwykle wysokie temperatury, również wieczorami oraz bezchmurne niebo same proszą się o to, żeby przywołać lato, które w Paryżu, podobnie jak w Polsce w lipcu i w sierpniu było dość kapryśne, deszczowe i chłodne. A to sprzyja spacerom, wylegiwaniu się w parkach i skwerach. Z moich obserwacji wynika, że Francuzi uwielbiają spędzać czas w parkach, tych dużych i znanych jak Ogrody Luksemburskie czy Jardin de Tuilleries, jak w również w tych mniejszych, w pobliżu swoich dzielnic. Sami, w grupie przyjaciół czy całymi rodzinami leżą na trawie, ławkach, czytają książki, grają w karty, gry planszowe, na gitarze, jedzą, opalają się, a dzieci bawią się, biegają i robią dużo hałasu. W ostatnich dniach wszystkie zielone miejsca w tym mieście były więc bardzo ożywione i dość tłoczne, tak jak i piękny park Monceau w mojej siedemnastej dzielnicy, w którym spędziłam dzisiaj popołudnie po zajęciach.
Moim największym odkryciem tego tygodnia okazało się położenie jednego z wydziałów, na którym mam zajęcia ze studiów anglo-amerykańskich. Co prawda byłam już tam wcześniej parę razy, ale zawsze w pośpiechu, zajęta innymi sprawami nie analizowałam miejsca i okolicy. Otóż wydział, który jest malutki, mieści się w jednej z kamienic urokliwej uliczki Charles V dwie przecznice od Sekwany. Położony na prawym brzegu otwiera starą, zabytkowa i znaną dzielnicę Marrais. Niedaleko jest plac Bastylii, a idąc w przeciwnym kierunku wzdłuż rzeki dojdziemy do Ile de Cite, gdzie znajduje się katedra Notre Dame. Jest to naprawdę blisko, w czasie półtoragodzinnego okienka zdążyłam zjeść lunch w parku, przejść się nadbrzeżem oglądając skarby i stare książki wystawione u bukinistów oraz wypić kawę w małej kawiarence z widokiem na katedrę i Panteon. Na zajęcia też, choć ciężkim sercem, dotarłam na czas ;)
Thomas Jefferson, zanim został prezydentem Stanów Zjednoczonych był przez 4 lata ambasadorem w Paryżu. Był on osobą nieprzekonaną do dużych miast i uważał, że są one siedliskiem korupcji. Pierwszym miejscem, w jakim zamieszkał w stolicy Francji były okolice giełdy (łatwo znaleźć to miejsce, bo tak nazywa się nawet przystanek metra) w drugiej dzielnicy, a więc w samym sercu miasta. Jednak towarzystwo majętnej arystokratycznej ówczesnej śmietanki tego miasta bardzo go męczyło, a swojego sąsiada, pewnego bardzo zamożnego i znanego jegomościa wręcz nienawidził, dlatego szybko przeniósł się na obrzeża miasta... w okolice Pól Elizejskich! Zadziwiające jest, jak bardzo zmieniło się miasto, że kiedyś jeden z symboli obecnego Paryża stanowił jego obrzeża i okolicę słabo zaludnioną. Ale stąd właśnie nazwa pola, pokazująca, że tereny te były dopiero zagospodarowane. W owych czasach moja siedemnasta dzielnica była pewnie jeszcze jakąś wsią, gdzie uprawiano rolę i posiadano sady ;)) choć to ostanie w przeciwieństwie do prawdziwej historii Jeffersona jest tylko moim przypuszczeniem.
Jednym ogromnym mankamentem Paryża jest brud i śmieci, które walają się po chodnikach i ulicach wszędzie, nie oszczędzając żadnej dzielnicy. Mimo że koszy na śmieci jest bardzo dużo, nie chroni to miasta przed bałaganem. I można by to zrozumieć przy tak ogromnej liczbie mieszkańców, niezliczonej ilości turystów przybywających tu przez cały rok, ale niestety winne są tu też nawyki samych Paryżan. Wyrzucanie petów gdzie popadnie jest na porządku dziennym (podobnie jak wrzucanie ich do Sekwany, czego już w ogóle nie potrafię zrozumieć ani zaakceptować), nawet siedząc w kawiarnianym ogródku (w tym wypadku przy stoliku wystawionym na chodniku) rzuca się je sobie pod nogi. I mimo że miasto posiada dość sprawny system sprzątania, nie jest w stanie na bieżąco utrzymać porządku na ulicach.
Faktem jest, że Paryż pod wieloma względami nie jest idealny, ale wciąż pozostaje magiczny, nieodkryty i przepiękny.
P.S Zdjęć nie ma, ponieważ wciąż czekam na przesyłkę z ładowarką do aparatu...

poniedziałek, 26 września 2011

3 tygodnie

Tyle dokładnie minęło od mojego przyjazdu tutaj. Z jednej strony ten czas zleciał mi bardzo szybko, w tym czasie zmieniło się wszystko: miasto, język, znajomi, jakiś ustalony rozkład dnia, to, co jem itd. I chyba z tego powodu z drugiej strony wydaje mi się jakbym tu już była długo, co pewnie jest oznaką tego, że już się zaaklimatyzowałam i jestem gotowa w pełni poznawać to cudowne miasto oraz język i kulturę Francji. I tu chyba z naciskiem na język, bo jak do pory nie miałam okazji zrobić postępu w mówieniu... Na szczęście od jutra zaczną się już regularnie zajęcia z wszystkich wydziałów i teraz będę mogła bardziej się osłuchać i spędzać więcej czasu w towarzystwie Francuzów.
A jeśli chodzi o minione dni, podczas których byłam nieobecna na blogu, to minęły one dość leniwie i imprezowo. W czwartek odbyła się duża impreza dla Erasmusów, na którą dotarłyśmy z Kasią bardzo późno, bo do 24:30 pilnowałam Gastona, zanim dojechałam w umówione miejsce do Kasi, to uciekło nam ostatnie metro do tej dyskoteki, więc zrobiłyśmy sobie miły spacer po nocnym Paryżu. Mi niestety na samej imprezie nie za bardzo się podobało, poza tym źle się poczułam i po prostu wróciłam do domu. I dopiero w autobusach nocnych człowiek docenia szybkość metra i uświadamia sobie odległości w tym mieście- wracałam autobusem 40 min!
Piątek był tradycyjnym wieczorem pikniku na Polach Marsowych, gdzie udałyśmy się również my trzy z Kasią i Agatą i tak zasłuchałyśmy się w chłopców, którzy grali na saksofonie i śpiewali na trawie, że nie znalazłyśmy już i nie dołączyłyśmy do grupy Erasmusów.
Sobota była chyba najsympatyczniejszym dniem tego tygodnia. Do południa zwiedziłyśmy Musee de Tokyo, gdzie jest wystawa sztuki nowoczesnej, przełyśmy przez niezwykły francuski targ, gdzie można znaleźć tak rozmaite, kolorowe, pachnące i przyciągające wzrok produkty spożywcze, że właściwie to głowy chodziły nam na bok z jeszcze większym entuzjazmem niż w muzeum, a oczy chciały wszystkiego spróbować. Jednak na lunch wybrałyśmy pizzę w okolicy Saint Germain, a po południu pędziłam już na Montmartre na kawę z moim licealnym kolegą, z którym nie widzieliśmy się od 5 lat! A wieczorem ja z Piotrem i jego francuskimi kumplami, Agata ze parą znajomych z Polski , Kasia z kolegami Francuzami spotkaliśmy się wszyscy przy Pont Neuf nad brzegiem Sekwany i piliśmy wino. Ludzi było tam tyle, że czasami uczelniane korytarze są bardziej puste ;)
Dodam, że od paru dni pogoda nas rozpieszcza i jest 25 stopni, wieczory są wyjątkowo jak na koniec września ciepłe, a dzisiejszy dzień był wręcz upalny. Dlatego wykorzystałam to na wizytę w moich ulubionych Ogrodach Luksemburskich, gdzie udałam się z brunchem i książką do czytania. I tak sobie wtedy pomyślałam, że jeżeli ktoś by powiedział, że mam 3 h do spędzenia w Paryżu i mogę w tym czasie odwiedzić jedno miejsce, to wybrałabym chyba Ogrody Luksemburskie i spacer po Boulevard Saint Michel, Odeonie i Saint Germain. Zobaczymy, czy jak lepiej poznam miasto i w czerwcu zadam sobie to samo pytanie, to czy odpowiedź będzie inna...
Nie umieszczam żadnych zdjęć, bo czekam na przesyłkę z Polski, w której powinnam znaleźć ładowarkę do baterii z aparatu. Jak się ostatnio okazało, jednak zapomniałam czegoś spakować ;)

wtorek, 20 września 2011

Ach ta pogoda ;)

Jedną z rzeczy, które są zupełnie nieprzewidywalne i zmienne w Paryżu jest pogoda. Naprawdę nie wiadomo jak się ubrać, żeby nie było nam za ciepło ani za zimno i na nic zda się tutaj prognoza pogody. W ciągu dnia potrafi być pięknie i słonecznie, a co za tym idzie bardzo ciepło, po czym godzinę później zaczyna wiać silny wiatr i wszyscy szukają szalika (to jest część garderoby numer jeden w tym kraju, przynajmniej w Paryżu, szalik jest niezbędny i tak francuski jak naleśniki, Marsylianka i wieża Eifella). Co gorsza, pogoda potrafi być nawet całkiem inna po przejechaniu kilku przystanków metrem, kiedy wysiadamy w innej dzielnicy.  Dlatego ty najlepiej sprawdza się opcja ubierania na cebulkę i dotyczy to głównie obcokrajowców, ponieważ sami Francuzi sprawiają wrażenie, że nie przejmują się aurą i po prostu noszą, co chcą, nie okazując wcale, że jest im zimno czy gorąco.
I kończąc już zupełnie wątek pogodowy chciałabym tylko dodać, że niestety drugi weekend z kolei pogoda płata figla. W sobotę wczesnym po południu odbyłyśmy z Agatą miły spacer w okolicach katedry Notre Dame po Ile de Cite. Niestety przerażające wręcz tłumy sprawiły, że skierowałyśmy nasze kroki w mniejsze i trochę spokojniejsze uliczki.
A to zdjęcie z parku na tyłach katedry.

Na 17 byłyśmy umówione z Kasią w jej 16 dzielnicy, gdzie miałyśmy zrobić sobie kolację, wypić wino i z kolejną butelką i bagietką udać się wieczorem na piknik na Pola Marsowe. Kolacja były udana, podobnie jak deser i sery, ale zaczęło lać, więc  zostałyśmy w mieszkaniu Kasi, co wcale nie oznacza, że nie spędziłyśmy miłego babskiego wieczoru. Natomiast w niedzielę do południa byłyśmy również w trójkę umówione na śniadanie, z którego zrobił się właściwie brunch, nad urokliwym kanałem St. Martin. Przyniosłyśmy ze sobą bagietki, miód, sery, salami, oliwki, ciasteczka i croissanty i jadłyśmy przy spacerowej alejce, która ciągnie się wzdłuż kanału. Niestety zamiast korzystać  z pięknej niedzieli i cieszyć się słońcem, zaraz po zjedzeniu uciekłyśmy na rozgrzewającą kawę, bo było tak zimno, że nie mogłyśmy dłużej wysiedzieć.
A druga połowa niedzieli być może jako konsekwencja pogodowych wariacji została spędzona przeze mnie z katarem pod kocem i listą słówek do nauczenia ;)

piątek, 16 września 2011

Organizacyjny bieg przez płotki

We Francji nic, jak się okazuje, nie jest proste. Nawet jeżeli droga jest prosta, to tylko pozornie, bo co chwilę pojawia się na niej jakiś płotek do przeskoczenia. Tak właśnie wygląda tydzień organizacyjny, który od poniedziałku realizuję. Próbuję zapisać się na przedmioty i skomponować swój plan zajęć, co oznaczało przez ostatnie 3 dni bieganie po wydziałach, sprawdzanie jakie są zajęcia do wyboru, potem sprawdzanie zupełnie w innym miejscu kiedy i w jakich godzinach będą się one odbywać. A dzisiaj wreszcie udał mi się na część z nich zapisać, osobiście zgłaszając się do różnych biur i sekretariatów i wypełniając kolejne formularze... Mamy XXI wiek, uniwersytet ma elektroniczny wewnętrzny system, gdzie każdy student ma swoje konto i teoretycznie może zarządzać swoimi sprawami, a mimo to wczoraj każdy musiał odstać ok. 1,5 godziny w kolejce na zapisy na fakultatywne zajęcia sportowe. Udało mi się zapisać na gym jazz (nie pytać co dokładnie na czym to polega, bo nie wiem) i nawet wkomponować to w jakiś sensowny mający ręce i nogi plan zajęć. Ale jako że jestem przypisana tutaj do wydziału socjologii, która nie interesuje mnie za bardzo, wybrałam też zajęcia z wydziału studiów anglo-amerykańskich i języki. Dlatego będę przemieszczać się między wydziałami- życie w Paryżu naprawdę wymaga dużo ruchu:)
A poniżej zdjęcie z chwili odpoczynku na wydziałowym patio z Kasią, która dzieli ze mną wszystkie trudy i próby zorganizowania sobie paryskiego życia.
Oczywiście nie jest w mojej intencji pokazać, jak to tutaj jest strasznie, to jest po prostu taki lokalny koloryt i urok życia po francusku, a przykłady można mnożyć i nie dotyczą one tylko uniwersytetu. Kupienie karty pre-paid francuskiego operatora komórkowego zajęło ok. pół godziny, ponieważ podaje się swoje dane, które są wprowadzane do systemu, sprzedawca skserował nawet dowód osobisty. A wyrobienie karty na komunikację miejską wymaga posiadania konta francuskiego lub znajomego Francuza, który może wystawić dla nas czek.
Prawdziwą radość natomiast sprawiają mi zakupy spożywcze, gdzie praktycznie wszystkie produkty są inne niż w Polsce. Podstawą jest bagietka (do wyboru wiele rodzajów) z ziarnami zbóż, do tego moje ulubione płatki śniadaniowe Kellogsa z suszonymi malinami i truskawkami, których niestety u nas nie ma, poza tym pyszne soki ze zmiksowanych owoców, a przede wszystkim sery... To jest raj, który dopiero odkrywam i postanowiłam, że za każdym razem, będę kupować nowy ser, którego jeszcze nie jadłam, oprócz moich ulubionych koziego i conte. Poza tym ogromy wybór wyrobów cukierniczych, różnego rodzaju pasztetów, sałat i warzyw, o winach nie wspominając, choć my studenci najbardziej gustujemy w tych do 4 euro ;) To prawda, że Francuzi na kuchni się znają, uwielbiają jeść dobrze i potrafią to celebrować. Wystarczy spojrzeć w porze lunchu czy wieczorami na pełnej restauracyjki czy knajpki, na wspólną kolację u sąsiadów, których codziennie widzę przez okno.
Francja jest organizacyjnym kuriozum i kulinarnym niebem. Bisous!

poniedziałek, 12 września 2011

Sobotnie przyjemności

Tak, pierwsza sobota w Paryżu była relaksująca, upalna, tłumy Paryżan przewijały się ulicami. Ludzie robili zakupy, siedzieli w kawiarenkach, spacerowali. I po pierwszej części dnia, kiedy z laptopem pod pachą biegałam po mieście w poszukiwaniu internetu bezprzewodowego, poddałam się temu nastrojowi. Z koleżanką z Niemiec umówiłyśmy się na ulicy Saint Germain de Pres, gdzie znajdują się butiki znanych projektantów, antykwariaty, sklepy wnętrzarskie i udałyśmy się do Laduree- paryskiej cukierni znanej z macaron(ów), ulubionych ciasteczek Marii Antoniny, która istnieje od 1862 roku.
Chociaż to ciastko na zdjęciu to nie jest macaron, macaron, takie malutkie zielonkawe coś wystaje zza filiżanki koleżanki;)
Potem korzystając z pięknej pogody podjechałyśmy do ogrodów Tuileries, tych prowadzących od Luwru do Placu Concorde i dalej do Champs Elysees na krótki spacer. Nie chcę co chwila rozpływać się i nadużywać superlatyw, ochów i achów, ale uwierzcie, żadne z moich opisów i przymiotników, których używam nie są przesadzone czy na wyrost. Co gorsza, nie potrafię słowami do końca oddać widoków i atmosfery panującej w poszczególnych miejscach. Po prostu wyobraźcie sobie duży park podzielony szerokimi alejkami. Gdzie niegdzie mała kawiarenka i stoliczki, dużo krzesełek i grupek ludzi, którzy grają w karty, Monopoly, czytają książki, leżą na trawie, grają w tę francuską grę z kulkami. Dzieci biegają, bawią się na placu zabaw. Parę osób uprawia jogging, grupki turystów robią zdjęcia i odpoczywają przy fontannie. Drzewa zaczynają barwić się jesiennymi kolorami, jest ciepło, słonecznie i wszyscy wydają się być zadowoleni z samego faktu przebywania w tym miejscu w sercu ogromnego miasta...

Po takim miłym popołudniu planowałam wieczór spędzić spokojnie, sama w mieszkaniu. Ale zadzwoniła koleżanka Polka i zaproponowała jakieś wieczorne wyjście na drinka. A że w mojej nowej dzielnicy jest tak dużo klimatycznych bistro ze stolikami na chodnikach, to nie musiała mnie namawiać. Siedziałyśmy  do północy z butelką białego wina i widokiem dzielnicy tętniącej życiem.

A dziś... Odwiedzamy z koleżanką kolejny Mc Donalds, żeby uzyskać dostęp do internetu ;)

sobota, 10 września 2011

Piknik na Polach Marsowych

Tak spędziłam wczorajszy wieczór z koleżanką z foyer. A piknik polegał na tym, że każdy brał ze sobą winko lub inne napoje, ewentualnie coś do przegryzienia, siadał na trawie w wyznaczonym miejscu ze znajomymi i bawił się, patrząc na pięknie oświetloną wieżę Eiffela. Widok oszałamiający, a siedząc tam człowiek czuje się w jakby w innej rzeczywistości, filmowej, bajkowej, nie wiem, jak to określić... Zresztą zobaczcie...




Niestety zdjęcie nie jest zbyt wyraźne i jeszcze jakiś chłopak tam jak na złość stanął, ale chociaż odrobinę przybliża to, jaki imponujący widok miałyśmy siedząc na trawie i popijając wino:)

Na dzisiejsze popołudnie mam zaplanowany wypad z koleżanką z Niemiec na Saint Germain, ulicę w Dzielnicy Łacińskiej, pełnej małych kawiarenek i sklepików. Pogoda jest piękna, upalna, dlatego z przyjemnością powłóczymy się po okolicy, która jak do tej pory jest moim drugim ulubionym miejscem w Paryżu.

piątek, 9 września 2011

Au paire z przypadku. Rue de Prony (ulica de Prony)


To, co właśnie piszę zostanie zamieszczone na blogu z jednodniowym opóźnieniem.  A dlaczego, to już wszystko po kolei :)
Powodem braku Internetu jest to, że znalazłam nowe mieszkanie!!! :D Radość nieopisana, ponieważ to było chyba jedno z najlepszych możliwych rozwiązań, które mogły mnie spotkać w tym mieście.  Pierwszego dnia, kiedy rozmawiałam z tą siostrą, która prowadzi foyer, ona zapytała mnie czy szukałam jakiegoś pokoju w zamian za opiekę nad dzieckiem.  Ja akurat o takich możliwościach nie słyszałam, ale brzmiało to na tyle interesująco, że poprosiłam siostrę o kontakt do takich osób, które się do niej zgłaszają z ofertą.  Siostra dała mi namiary na panią,  do której zadzwoniłam i umówiłam się na rozmowę.  Pojechałam do niej we wtorek, okazała się młodą mamą 4 miesięcznego Gastona i szukała kogoś, kto mógłby się zajmować nim po cało etatowej niani, która zajmuje się chłopcem w ciągu dnia. Na kolejną rozmowę poszłam w środę, tym razem również z jej mężem i stanęło na tym, że jestem fille Au pair w zamian za pokój za darmo!:) Opiekować małym mam się ok. 15 godzin tygodniowo, głównie przez dwie godziny wieczorem zanim jego rodzice wrócą z pracy, czasami cały wieczór, jeżeli gdzieś wyjdą i po parę godzin w weekend. A sam pokój to oddzielna mini kawalerka ulicę dalej od tej rodziny, w przepięknej, bardzo „paryskiej” siedemnastej dzielnicy pełnej uroczych kawiarenek, bistro i sklepików. Jest maleńka, w jednym pomieszczeniu mieści się sypialnia, łazienka i kuchnia, kabina prysznicowa stoi tuż obok łóżka i czegoś takiego to właściwie nigdy nie spotkałam. Ale tak to jest, że w tej stolicy każdy metr jest na wagę złota. Najważniejsze, że pokój jest czyściutki, świeżo wyremontowany i wygodny. I znajduje się na paryskim poddaszu, co dzisiaj doskonale odczułam podczas przeprowadzki ;) Niestety w kamienicy popsuła się winda i to akurat wtedy, kiedy do moich olbrzymich walizek doszło jeszcze trochę pakunków w postaci środków czystości i wyposażenia kuchni (które musiałam sama sobie dokupić). Wszystkie zakupy zdążyłam zrobić jeszcze w tej dzielnicy, gdzie znajduje się foyer, ponieważ są tam duże supermarkety i tańsze niż tu w centrum. I tu kolejny raz potwierdziła się zasada, którą wyznaję w życiu, że wszystko dzieje się po coś. Kontakt do Madame Mermailad dostałam od siostry, a przy okazji poznałam kilka bardzo sympatycznych dziewczyn, z którymi dzieliłam los w naszej „piwnicy”. I dwie z nich były na tyle miłe, że pojechały ze mną i całą stertą bagaży taksówką, żeby na miejscu pomóc mi się jakoś wgramolić na to szóste piętro. Co zważywszy na to, że jestem we Francji, nie jest wcale niczym oczywistym, bo dla Francuzów pierwsze piętro po naszemu to jeszcze parter, więc mieszkam właściwie na siódmym (paryskie poddasze!:)). Całe szczęście jedna z nich naprawdę miała moc i wniosła sama dwie ogromne walizki, trzecią wniosłyśmy razem, a rozliczne mniejsze pakunki wymagały kilku rundek na górę. Ja po tej przeprowadzce byłam wykończona…
I tu właściwie chciałam poruszyć kolejny wątek dotyczący moich wcześniejszych obserwacji. Wczoraj stwierdziłam, że ogólnie Francuzi są bardzo szczupli, mało jest osób otyłych, jeżeli już to najczęściej są to Murzynki, które generalnie mają zupełnie inną budowę od drobnych Francuzek. Zastanawiałam się jak to możliwe, przy takiej ilości pysznych, ale kalorycznych serów i bagietek, które oni konsumują.  I kiedy zaczęły mnie wczoraj wieczorem boleć nogi doszłam do wniosku, który jak dla mnie był dość odkrywczy. Chodzi o metro! Podróżując po mieście tym środkiem komunikacji, przesiadając się na różnych stacjach pokonuje się codziennie dziesiątki schodów, które tylko w nielicznych miejscach są ruchome. Jeżeli do tego dochodzą popsute windy dla osób mieszkających dość wysoko nie potrzebne są żadne diety czy dodatkowe sporty. O, albo spacer na Montmartre (o ile się nie mylę najwyżej położony punkt Paryża, na który znów prowadzą setki stopni), gdzie wczoraj na spotkaniu integracyjnym Erasmusów wchodziliśmy pieszo- choć tam akurat warto się wdrapać, bo widok całego Paryża nocą jest imponujący. I sama atmosfera tego miejsca, które wieczorem tętni życiem, wszyscy siedzą w kafejkach, piją, rozmawiają i cieszą się przebywaniem w tym mieście.
Teraz kiedy mam z głowy problem zakwaterowania nadszedł czas na dużo przyjemniejsze zajęcia. Pierwszy raz zostaję z Gastonem dopiero w środę, więc mam kilka dnia na poznanie mojej nowej dzielnicy, spotkania integracyjne Erasmusów i sprawy organizacyjne. Muszę zapisać się na przedmioty, na które chcę uczęszczać, więc jutro (piątek) pójdę na spotkanie z moim koordynatorem naukowym.
I mam nadzieję, że od jutra będę miała już Internet w nowym mieszkaniu, bo tylko tego teraz mi tu brakuje. A bientot!:)
A tu bonus- zdjęcie z mojej pierwszej kolacji z nowego mieszkania, ulubiony ser Conte/

środa, 7 września 2011

W poszukiwaniu nowego miejsca

Cały dzień biegany, więc kiedy po południu wróciłam do sióstr po prostu padłam. Odwiedziny nowego uniwersytetu wypadły na plus, świetnie położony nad samą Sekwaną, z zewnątrz ładny budynek, tylko w środku wygląda trochę jak bunkier i u nas pewnie powiedzielibyśmy, że jest niedokończony.  Przekazano nam trochę informacji, z których najważniejsza jest ta, że plan mamy sobie komponować samemu, możemy dobierać przedmioty z różnych wydziałów w różnych godzinach, tak, żeby nam pasowało. I najśmieszniejsze, że nie robi to nikomu różnicy, czy będziemy uczęszczać na zajęcia z licencjatu czy magisterium;)
Dzisiaj odkryłam, że muszę sobie koniecznie kupić plan miasta! Bo poruszałam się jedynie za pomocą planu metra, intuicji i fragmentarycznych planów dzielnic umieszczonych na przystankach autobusowych, choć wszędzie, gdzie chciałam bez problemu dotarłam, najwyżej nadrobiłam trochę drogi. Na zwiedzanie miasta i odwiedzenie moich ulubionych miejsc nie było dzisiaj czasu, ale kiedy jadłam lunch na jednym z placów (który składał się z kanapki z bagietki oczywiście) to zrobiłam zdjęcie, na którym widać Ją, a raczej sam czubek, ale i tak każdy rozpozna. 

A poszukiwania z tematu posta trwają nadal. Odwiedziłam dzisiaj PAN,  w którym potwierdziło się, że jak na razie absolutnie nie mają miejsc. Zaraz siadam dalej do ogłoszeń i czekam na łut szczęścia, że któryś leniwy Francuz jednak łaskawie odpisze na moje zapytanie.I czekam jeszcze na jedną odpowiedź...

wtorek, 6 września 2011

Już w Paryżu

Dojechałam! Droga super, wszędzie poza polskimi trasami jedzie się szybko i przyjemnie, więc nawet nie ma o czym pisać. Wieczorem dojechałam do tego Bagneux, kawałek od samego Paryża, gdzie jest foyer (bo tak się to oficjalnie nazywa) sióstr. No cóż, warunki są bardzo kiepskie, a mimo to miejsce oblegane i wszystkie pokoje jedno- i dwuosobowe zajęte, tak więc jestem na sali 10 osobowej. I wszystkie, bardzo zresztą miłe, dziewczyny mają jeden cel krótkoterminowy: szybko znaleźć sobie coś innego ;) I nie chodzi tu o siostrzyczki, które z tego, co zauważyłam nie bardzo interesują się tym, co porabiamy, tylko raczej o to, że jest tu... nieciekawie i ponuro, łazienki są dość prowizoryczne, a w samej sali zimno. Dlatego jutro oprócz spotkania organizacyjnego dla Erasmusów i choć krótkiego spaceru po mieście, mam w planach szukanie innego lokum. Jeśli ktoś o czymś słyszał, to niech da proszę znać, reszta niech trzyma kciuki :)

niedziela, 4 września 2011

Wielkie pakowanie!


A raczej największe, z jakim do tej pory miałam do czynienia... Dzisiaj (bo jest już  po północy) wyruszam na Erasmusa do tego magicznego miasta. Przygoda ma trwać rok akademicki, będę studiować i mieszkać tam przez dwa semestry i ten rok chciałabym opisać na tym blogu.
Co mnie tam spotka, to się dopiero okaże. W tej chwili osiągnęłam mały sukces, opanowałam chaos ze zdjęcia (moja mina odzwierciedla bezradność wobec przytłaczającej ilości rzeczy, które koniecznie trzeba spakować ;)) i udało mi się spakować do 3 wielkich walizek oraz jednej małej kabinówki. Łatwo nie było, trochę logicznego myślenia i bezwzględność wobec chęci zabrania ze sobą połowy domu i całej szafy okazały się niezbędne. Więc jedziemy, cały majdan, kochany tata, który mnie zawiezie, ja :)
A dla potwierdzenia: tak, pierwsza stacja to foyer sióstr zakonnych, które wynajmują pokoje porządnym dziewczętom. Widocznie tak miało być :)