Wczoraj w nocy pierwszy raz widziałam Paryż przykryty śniegiem. I to nie takim lewie 2 mm, który się zaraz roztapia, ale solidną warstwą, która przykryła jezdnie i chodniki. Wieczór spędziłam u siebie, ale kiedy około północy wyjrzałam przez okno i zobaczyłam jak cudownie sypie, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie wyjść na krótki chociaż spacer. Ubrałam się oczywiście bardzo ciepło, nawet czapkę, i zrobiłam małą rundkę w mojej dzielnicy, gdzie byłam chyba naprawdę jedyną osobą na ulicy, która wybrała się na spacer dla przyjemności w taką pogodę. A tak ślicznie wyglądały paryskie ulice całe w bieli i płatki śniegu tańczące w świetle latarni. I dobrze zrobiłam, bo dzisiaj tego śniegu już ani widu, ani słychu, a że mróz trzyma cały czas, to nie wiem co oni z tym śniegiem dzisiaj rano zrobili... (przyznaję się, że nie jestem tu rannym ptaszkiem, a patrząc na godziny mojej blogowej aktywności, raczej małą sową w swojej dziupli i dziupla to idealne określenie dla tych moich kilku metrów kwadratowych ;))
Ogólnie aura, a dokładnie sroga zima, która od jakiegoś czasu okupuje Europę, jest we Francuskich mediach tematem numer jeden. W radiu informacyjnym przynajmniej połowa czasu serwisów informacyjnych, których słuchałam, poświęcona była pogodzie i problemach nią spowodowanych w całym kraju. Co prawa nie ogłoszono jeszcze stanu klęski żywiołowej, ale zima bardzo uprzykrza Paryżanom życie, co widać choćby na ulicach, kiedy nie mogą odpalić swoich nieprzystosowanych włoskich skuterów. Vespy są piękne, ale najlepiej chyba sprawdzają się jednak w Italii ;)
Ale ogólnie jest zimno i mimo że nie padają tu tak rekordowo niskie temperatury jak w Polsce, moja aktywność miejska jest bardzo zredukowana ostatnio głównie do poniższych czynności:
Przy czym zaznaczam, że filiżanka gorącej kawy lub herbaty oraz ciepłe skarpetki są nieodzowne! Tutaj jest bardzo duża wilgotność powietrza (dzisiaj 63%), a gdy dochodzi do tego silny wiatr, na ulicach jest naprawdę nieprzyjemnie, więc przemykam tylko szybko od metra do wejścia do budynków i niestety zwiedzanie miasta odkładam na bardziej sprzyjające warunki. Ale przygotowuję się już do tego teoretycznie, robiąc listę miejsc, które koniecznie muszę odwiedzić i oczywiście później podzielić się nimi z Wami na blogu.
Z miejsc wartych odwiedzenia polecam gorąco mały barek z żywnością bio EXKI, gdzie można znaleźć pyszne zupy, tarty, sałatki i ekologiczne desery w bardzo przyzwoitych cenach. Barek znajduje się obok Biblioteki Narodowej Francois Mitterand (to ten, do którego ja właśnie zaglądam, jest tuż obok uniwersytetu), jak również w okolicach opery, giełdy i na Montparnasse.
A przy okazji kończących się przecen, na których udało mi się jeszcze upolować parę przydatnych rzeczy, zadałam sobie następujące pytanie: jeżeli ktoś poprosił by mnie o radę, w jakie miejsce w Paryżu najlepiej wybrać się na zakupy, to co bym mu poleciła. (mówimy oczywiście o typowej babskiej triadzie uzależnień zakupowych ciuchy-buty-kosmetyki) Przeanalizowałam kilka miejsc, gdzie skupia się najwięcej marek obok siebie, bo tak właściwie zorganizowane są sklepy w Paryżu. Jest to najczęściej jakaś ulica, aleja, przy której znajdują się obok siebie różne sklepy. Oczywiście pojedynczo rozlokowane są sklepy po całym mieście, ale najbardziej praktycznie jest robić zakupy, gdzie wszystko jest obok siebie. I pytanie też, kto szuka sklepów z jakiej półki, bo jeżeli ktoś szuka tylko butików projektantów światowej sławy to zapraszam na aleję Montaigne ;) Osobom, które zadowolą się dobrze znanymi sieciówkami i trochę lepszymi francuskimi, bardzo ciekawymi markami, poleciłabym rundę zacząwszy od Opery Garnier. Tuż obok, wychodząc ze stacji metra na Bvd des Capucines można znaleźć popularne sieciówki Zarę, Mango, Promod i inne. Stamtąd, obchodząc Operę z prawej strony mijamy po kolei kilka kolejnych ciekawych sklepów dochodząc do Bvd Haussmann (nie wiem czy już wspominałam o dobrodziejstwach poczynionych Paryżowi przez barona Haussmanna, powinnam koniecznie wrzucić o nim kiedyś post), a tam... raj dla zakupoholiczek!: les Grands Magasins, czyli dwa olbrzymie i sławne domy handlowe Printemps i Galeria Lafayette! Tam można znaleźć ekskluzywne marki oraz kolekcje projektantów, jak również dwa ogromne H&M (europejska potęga, dziwne, że nie mają jeszcze swojej frakcji w Parlamencie Europejskim, mam wrażenie, że nie ma bardziej popularnego i wszechobecnego sklepu na naszym kontynencie), ale w tym samym miejscu, po drugiej stronie ulicy mamy już kolejne popularne sieciówki, w tym znów Mango, Zarę itd. Ale uwaga: mimo, że byliśmy już w tych sklepach tych marek chwilę wcześniej w innym miejscu, warto zajrzeć jeszcze raz. Część kolekcji się powtarza, ale często zdarza się, że są zupełnie inne ubranie niż w innym punkcie. Ponadto ilość ubrań przecenionych i ich dostępność również różni się w zależności od konkretnego sklepu tej samej marki. Warto też odbić w małą uliczkę Chaussee d'Antin la Fayette (jest przystanek metra o tej samej nazwie tuż obok), gdzie znajduje się kilka mniejszych sklepów z trochę niższej półki, małe markety i naleśniki sprzedawane wprost na chodniku, jeżeli już zgłodniejemy na zakupach.
Przy okazji muszę wspomnieć, że jestem zachwycona i zakochana w nowych kolekcjach na wiosnę i lato tego roku, cudne, kobiece, wygodne, na pewno kobiety będą zdobić ulice miast jak już dawno nie.
Hm, dużo mody ostatnio na blogu, wiem, że to nie jest co prawda blog modowy, ale przecież moda to ogromnie ważny aspekt w tej stolicy :)
Mam tę okazję i szczęście spędzić cały rok akademicki w tym, jak mówią, najpiękniejszym mieście świata. Na blogu dzielę się moimi wrażeniami, przeżyciami i spostrzeżeniami na temat Paryża i jego mieszkańców. Zabytki, ulice, kultura, życie codzienne, kuchnia, moda, uczelnia, życie nocne- bienvenue a Paris.
czwartek, 9 lutego 2012
wtorek, 7 lutego 2012
Katakumby
Miniony weekend był dość zróżnicowany, jeśli chodzi o aktywności, choć jedną cechą wspólną był fakt, że ciągle mi zimno! Przypuszczam, że nie jestem jednak jedyną osobą, która marzy już o wiośnie, dlatego nie kontynuuję wątku, czekajmy cierpliwie. W piątek w nocy byłam na bardzo udanej imprezie do samego rana, a miernikiem jest to, że stopy bolały od tańczenia. W sobotę podjęłam pierwszą próbę zwiedzenia katakumb, ale kolejka, mimo przenikliwego zimna okazała się tak długa, że nie zdążyłabym do ostatniego wejścia o godzinie 16. Zamiast tego poszłyśmy z koleżanką na kawo-lunch i tak się zagadałyśmy, że spóźniłabym się o mały włos do mojego małego Gastona, którego pilnowałam tego wieczora.
Za to w niedzielę, przy drugiej próbie i odstaniu swojego w znów strasznie długiej kolejce na chodniku (zima, mróz, katakumby w niedzielę- myślałam, że tylko ja mam takie nietypowe pomysły, a tu proszę) udało mi się w końcu zejść do podziemi. W skrócie jest to miejsce utworzone w celu przeniesienia tam szczątek początkowo z cmentarza Innocents w centrum miasta w pobliżu dzisiejszego Chatelet, a później także z innych cmentarzy. Szczątki, a właściwie same kości zaczęto transportować już pod koniec XVIII w., ale w tamtym czasie w katakumbach dochodziło do wielu wypadków, osunięć ziemi, zawalenia się domów położonych w pobliżu. Prawdopodobnie (moje przypuszczenie) poziom techniki i wiedzy budowniczej nie był jeszcze na tyle rozwinięty. Bo do katakumb schodzi się naprawdę głęboko, głęboko pod ziemię, jeszcze niżej niż poziomy, na których kursuje metro (piszę poziomy, bo nie wszystkie linie jeżdżą na tej samej wysokości. Np. najnowsza całkowicie automatyczna linia 14, którą przemieszczam się na uniwersytet jest położona najniżej). Wychodząc już na powierzchnię trzeba pokonać 84 bardzo wysokie stopnie, więc osobom na kacu, z zakwasami na nogach lub skręconymi kostkami nie polecam tej wyprawy. Zaskakująca jest też sama długość korytarzy- żeby dojść do głównych "zbiorów", trzeba pokonać 500 metrowy wąski i niski korytarz.
Kości w katakumbach ułożone w sposób bardzo precyzyjny, przemyślany, wręcz artystyczny. Może kilka zdjęć będzie dobrym wstępem do dalszego opowiadania:
Całe te kompozycje widoczne dla zwiedzających ułożone są z kości piszczelowych i czaszek. Jednak za tą widoczną warstwą w głąb ściany, jak to się wydaje, zgromadzone jest prawie 30m pozostałych kości. Ogólnie ilość tych kości, które znajdują się w paryskich katakumbach jest porażająca. Ale wszystko jest dokładnie uporządkowane, razem z tablicą informacyjną z jakiego cmentarza i w którym roku zostały one przeniesione. Oprócz tego, znajduje się tam bardzo dużo kamiennych tablic z fragmentami wierszy znanych poetów, urywkami powieści, różnego rodzaju memento mori i przestrogami. Samo wejście opatrzone jest tym napisem:
"Zatrzymaj się! To jest królestwo śmierci".
Teksty wyryte na kamiennych tablicach wywołują równie przytłaczający efekt:
"Straszna jest śmierć grzesznika" (powyżej po łacinie, poniżej po francusku)
"Wraz ze śmiercią zostawia się wszystko"
Sprawia to dość przygnębiające wrażenie, ale ta wizyta ma też drugą stronę medalu- refleksję. Ten widok, te słowa tuż obok niezliczonej ilości anonimowych szczątków skłania do zastanowienia się, czy to naprawdę wszystko co nas czeka? Co dalej? I co właściwie jest warte życie, co z nim zrobić? Jest to chyba pierwsze miejsce w Paryżu, które zapadło w mi pamięć w ten specyficzny sposób- nie jako doznanie artystyczne, uczta dla zmysłów, radość dla oka, ale jako wizyta w miejscu, które porusza tę głęboko schowaną strunę, strach, obawę i niepewność.
Katakumby były przez kilka miesięcy zamknięte z powodu włamania w 2009 roku i strat oraz zniszczeń w jego wyniku. Nie ma miejsc świętych. Również kilka lat temu włamano się w nocy i odprawiono tam mszę satanistyczną.
Ogólnie ludzka tendencja do dotykania i niszczenia wszystkiego wokół jest wszechobecna. Moje wyobrażenie przekroczył moment, kiedy przy wyjściu pan pilnujący sprawdził nam torebki, czy nie wynosimy sobie przypadkiem jakiejś czaszki... I rzeczywiście było to uzasadnione, w wielu miejscach tych kompozycji z kości brakowało jakiejś wyrwanej czaszki lub kawałka nadłamanego piszczela.
Mnie natomiast fascynowało fakt, jak bardzo czaszka ludzka staje się lustrem przebytych chorób i schorzeń. Widziałam czaszkę uszkodzoną przez dżumę, inną zdeformowaną być może przez jakąś chorobę lub wadę genetyczną, jeszcze inne, na których widać było ślady uderzeń ostrymi narzędziami. Doskonale widoczne są też linie sklepiania się czaszki. Z punktu widzenia naukowego, jest to dość ciekawa lekcja.
Zdaję sobie natomiast sprawę, że ten post jest dość ponury i specyficzny, ale chcę odkrywać Paryż od każdej strony, również tej mrocznej, co w tym przypadku jest w zasadzie tylko częścią bogatej historii tego miasta. Wraz z rosnącą populacją, przeludnione miasto, które nie rozprzestrzeniało się ze względu na ograniczenia długo zachowanych murów miejskich, stanęło w pewnym momencie przed problemem sanitarnym, odorem i niebezpiecznymi wyziewami pochodzącymi z przepełnionych cmentarzy usytuowanych tuż obok zabudowań mieszkalnych.
Za to w niedzielę, przy drugiej próbie i odstaniu swojego w znów strasznie długiej kolejce na chodniku (zima, mróz, katakumby w niedzielę- myślałam, że tylko ja mam takie nietypowe pomysły, a tu proszę) udało mi się w końcu zejść do podziemi. W skrócie jest to miejsce utworzone w celu przeniesienia tam szczątek początkowo z cmentarza Innocents w centrum miasta w pobliżu dzisiejszego Chatelet, a później także z innych cmentarzy. Szczątki, a właściwie same kości zaczęto transportować już pod koniec XVIII w., ale w tamtym czasie w katakumbach dochodziło do wielu wypadków, osunięć ziemi, zawalenia się domów położonych w pobliżu. Prawdopodobnie (moje przypuszczenie) poziom techniki i wiedzy budowniczej nie był jeszcze na tyle rozwinięty. Bo do katakumb schodzi się naprawdę głęboko, głęboko pod ziemię, jeszcze niżej niż poziomy, na których kursuje metro (piszę poziomy, bo nie wszystkie linie jeżdżą na tej samej wysokości. Np. najnowsza całkowicie automatyczna linia 14, którą przemieszczam się na uniwersytet jest położona najniżej). Wychodząc już na powierzchnię trzeba pokonać 84 bardzo wysokie stopnie, więc osobom na kacu, z zakwasami na nogach lub skręconymi kostkami nie polecam tej wyprawy. Zaskakująca jest też sama długość korytarzy- żeby dojść do głównych "zbiorów", trzeba pokonać 500 metrowy wąski i niski korytarz.
Kości w katakumbach ułożone w sposób bardzo precyzyjny, przemyślany, wręcz artystyczny. Może kilka zdjęć będzie dobrym wstępem do dalszego opowiadania:
Całe te kompozycje widoczne dla zwiedzających ułożone są z kości piszczelowych i czaszek. Jednak za tą widoczną warstwą w głąb ściany, jak to się wydaje, zgromadzone jest prawie 30m pozostałych kości. Ogólnie ilość tych kości, które znajdują się w paryskich katakumbach jest porażająca. Ale wszystko jest dokładnie uporządkowane, razem z tablicą informacyjną z jakiego cmentarza i w którym roku zostały one przeniesione. Oprócz tego, znajduje się tam bardzo dużo kamiennych tablic z fragmentami wierszy znanych poetów, urywkami powieści, różnego rodzaju memento mori i przestrogami. Samo wejście opatrzone jest tym napisem:
"Zatrzymaj się! To jest królestwo śmierci".
Teksty wyryte na kamiennych tablicach wywołują równie przytłaczający efekt:
"Straszna jest śmierć grzesznika" (powyżej po łacinie, poniżej po francusku)
"Wraz ze śmiercią zostawia się wszystko"
Sprawia to dość przygnębiające wrażenie, ale ta wizyta ma też drugą stronę medalu- refleksję. Ten widok, te słowa tuż obok niezliczonej ilości anonimowych szczątków skłania do zastanowienia się, czy to naprawdę wszystko co nas czeka? Co dalej? I co właściwie jest warte życie, co z nim zrobić? Jest to chyba pierwsze miejsce w Paryżu, które zapadło w mi pamięć w ten specyficzny sposób- nie jako doznanie artystyczne, uczta dla zmysłów, radość dla oka, ale jako wizyta w miejscu, które porusza tę głęboko schowaną strunę, strach, obawę i niepewność.
Katakumby były przez kilka miesięcy zamknięte z powodu włamania w 2009 roku i strat oraz zniszczeń w jego wyniku. Nie ma miejsc świętych. Również kilka lat temu włamano się w nocy i odprawiono tam mszę satanistyczną.
Ogólnie ludzka tendencja do dotykania i niszczenia wszystkiego wokół jest wszechobecna. Moje wyobrażenie przekroczył moment, kiedy przy wyjściu pan pilnujący sprawdził nam torebki, czy nie wynosimy sobie przypadkiem jakiejś czaszki... I rzeczywiście było to uzasadnione, w wielu miejscach tych kompozycji z kości brakowało jakiejś wyrwanej czaszki lub kawałka nadłamanego piszczela.
Mnie natomiast fascynowało fakt, jak bardzo czaszka ludzka staje się lustrem przebytych chorób i schorzeń. Widziałam czaszkę uszkodzoną przez dżumę, inną zdeformowaną być może przez jakąś chorobę lub wadę genetyczną, jeszcze inne, na których widać było ślady uderzeń ostrymi narzędziami. Doskonale widoczne są też linie sklepiania się czaszki. Z punktu widzenia naukowego, jest to dość ciekawa lekcja.
Zdaję sobie natomiast sprawę, że ten post jest dość ponury i specyficzny, ale chcę odkrywać Paryż od każdej strony, również tej mrocznej, co w tym przypadku jest w zasadzie tylko częścią bogatej historii tego miasta. Wraz z rosnącą populacją, przeludnione miasto, które nie rozprzestrzeniało się ze względu na ograniczenia długo zachowanych murów miejskich, stanęło w pewnym momencie przed problemem sanitarnym, odorem i niebezpiecznymi wyziewami pochodzącymi z przepełnionych cmentarzy usytuowanych tuż obok zabudowań mieszkalnych.
piątek, 3 lutego 2012
Paryżanin modny
I w końcu stało się to, co wydawało się dość nieprawdopodobne, do Paryża przyszła zima. Oczywiście nie spadł ani jeden płatek śniegu, a temperatura w nocy spada co najwyżej do minus 10 stopni (wiem, że z polską zimą nie ma nawet co porównywać), ale mi tu jest zimno! To powietrze jakieś takie wilgotne, wiatr wieje, co jednak skutecznie zniechęca do zwiedzania. Miniony weekend był dość imprezowym, ale w niedzielę po południu dzielni chciałyśmy z koleżanką wybrać się na spacer w ogrodach Tuilleries tuż obok Luwru. Zaczęłyśmy od zaopatrzenia się w gorącą kawę na wynos dla dodania sobie odwagi, zrobiłam kilka fotek (poniżej), przeszłyśmy kilkadziesiąt metrów i... szybko uciekłyśmy schować się i ogrzać w jakiejś kawiarni. Jednak dzielni Paryżanie dość licznie spacerowali po ogrodach, co widać na zdjęciu poniżej, w tle natomiast wielki diabelski młyn przy placu Concorde, zdjęcia z którego umieściłam na blogu w grudniu.
A zimę, mróz, brak słońca codziennie i generalnie mało ciekawą aurę rozjaśnia mi codziennie rano taki oto widok:
Trudno się nie uśmiechnąć :)
Wczoraj wieczorem w ramach odkrywania tej bardziej kulturalnej strony miasta, wybrałyśmy się z Kasią na spektakl jej znajomej Francuski w takim maleńkim, uroczym teatrze Comedie des Boulvards, gdzie jedna kobieta wcielała się w kilka zupełnie różnych postaci i wygłaszała ich monologi. Bardzo zabawny, miły spektakl, a jednocześnie ogromne wyzwanie językowe. Aktorka mówiła bardzo szybko, naśladując różne akcenty, używając bardzo dużo języka potocznego czy wręcz slangu. Całe szczęście te parę miesięcy tu spędzony dały mi już jakieś postawy slangowe, ale ja się tak czasami zastanawiam, czy w języku polskim jest aż tyle slangu??? Pewnie w swoim języku tego się nawet nie zauważa, ale po francusku to już się robi trudne. Piąte przez dziesiąte, pół na pół, czasami całe zdanie, zrozumiałam o czym spektakl był :)
A zmierzając do sedna tego posta, na który wskazuje tytuł, chciałam wspomnieć o modzie wśród Paryżan. O Paryżankach też na pewno napiszę, ale to jest temat rzeka, więc również moje obserwacje muszą być dokładniejsze i potrwać dłużej. Przede wszystkim chciałam zaznaczyć, że taki opis zawsze będzie trochę generalizujący, ponieważ to miasto jest tak różnorodne, mieszkają w nim ludzie z tylu krajów, o wszystkich odcieniach skóry, których style ubierania się są tak różne i gdzie trudno czasami odgadnąć, kto jest Paryżaninem z urodzenia, od dawna. No może tylko z angielskimi turystami nie ma problemu, bo z Chińczykami to już gorzej, niektórzy tu studiują albo mieszkają całe życie.
Otóż mężczyźni w Paryżu są generalnie znacznie lepiej ubrani niż przeciętny Polak. Niestety. Styl zależy oczywiście od tego, czym dana osoba zajmuje się w życiu, czy jest studentem, czy pracuje, a jeśli tak, to gdzie, czy jest młodsza czy starsza, ale to są oczywistości, więc dalej się w tę kwestię nie zagłębiam. Ale taki typowy polski dresik też się w Paryżu znajdzie ;)
Głównie chodzi jednak o detale. Porządne buty albo fajne i czyste (!) trampki, jakiś oryginalny tshirt, dobrze skrojony płaszcz albo kurtka, modne oprawki okularów, porządna marynarka albo kolorowa dobrze dopasowana rozmiarem bluza (dobrze dopasowany rozmiar to powinno być chyba słowem-kluczem dla naszych panów w Polsce) oraz szalik- to wszystko to banały można powiedzieć, prawdy dobrze wszystkim znane, a tak naprawdę mam wrażenie, że Polacy o nich zapominają. A to tak dużo zmienia! I nie mówię tu wcale o super burżuazji ani o ludziach bardzo zamożnych, nie o ilości pieniędzy wydanych na ubiór, ale o stylu. Czysty, dobrze skrojony, dobrze dobrany i modny- to jest sukces mężczyzn w Paryżu. Często widzę facetów ubranych w sieciówkach, ale z markowymi okularami albo bardzo porządnymi butami- to detale (znów prawdy oklepane) decydują o wyglądzie. Zresztą muszę przyznać, że Paryżanie zwracają dużą uwagę na swój wygląd i to tylko z korzyścią dla nich. Są też chyba przez to bardziej wymagający wobec kobiet odnośnie ich stroju czy wyglądu. Oczywiście nie wszyscy, ale jest to dość zauważalna tendencja.
Z drugiej strony w tym klasycznym mieście wszystko jest możliwe, wszystko jest dozwolone, każdy ubiera się jak chce. Na pewno nie jest to tak jaskrawe jak w Londynie, bo cały czas mam wrażenie, że paryską elegancję ceni się i jej się przestrzega. I nie mogę się już doczekać, aż panowie w Polsce docenią wagę detalu i radość dla oka z dobrze ubranego mężczyzny. Amen.
A zimę, mróz, brak słońca codziennie i generalnie mało ciekawą aurę rozjaśnia mi codziennie rano taki oto widok:
Trudno się nie uśmiechnąć :)
Wczoraj wieczorem w ramach odkrywania tej bardziej kulturalnej strony miasta, wybrałyśmy się z Kasią na spektakl jej znajomej Francuski w takim maleńkim, uroczym teatrze Comedie des Boulvards, gdzie jedna kobieta wcielała się w kilka zupełnie różnych postaci i wygłaszała ich monologi. Bardzo zabawny, miły spektakl, a jednocześnie ogromne wyzwanie językowe. Aktorka mówiła bardzo szybko, naśladując różne akcenty, używając bardzo dużo języka potocznego czy wręcz slangu. Całe szczęście te parę miesięcy tu spędzony dały mi już jakieś postawy slangowe, ale ja się tak czasami zastanawiam, czy w języku polskim jest aż tyle slangu??? Pewnie w swoim języku tego się nawet nie zauważa, ale po francusku to już się robi trudne. Piąte przez dziesiąte, pół na pół, czasami całe zdanie, zrozumiałam o czym spektakl był :)
A zmierzając do sedna tego posta, na który wskazuje tytuł, chciałam wspomnieć o modzie wśród Paryżan. O Paryżankach też na pewno napiszę, ale to jest temat rzeka, więc również moje obserwacje muszą być dokładniejsze i potrwać dłużej. Przede wszystkim chciałam zaznaczyć, że taki opis zawsze będzie trochę generalizujący, ponieważ to miasto jest tak różnorodne, mieszkają w nim ludzie z tylu krajów, o wszystkich odcieniach skóry, których style ubierania się są tak różne i gdzie trudno czasami odgadnąć, kto jest Paryżaninem z urodzenia, od dawna. No może tylko z angielskimi turystami nie ma problemu, bo z Chińczykami to już gorzej, niektórzy tu studiują albo mieszkają całe życie.
Otóż mężczyźni w Paryżu są generalnie znacznie lepiej ubrani niż przeciętny Polak. Niestety. Styl zależy oczywiście od tego, czym dana osoba zajmuje się w życiu, czy jest studentem, czy pracuje, a jeśli tak, to gdzie, czy jest młodsza czy starsza, ale to są oczywistości, więc dalej się w tę kwestię nie zagłębiam. Ale taki typowy polski dresik też się w Paryżu znajdzie ;)
Głównie chodzi jednak o detale. Porządne buty albo fajne i czyste (!) trampki, jakiś oryginalny tshirt, dobrze skrojony płaszcz albo kurtka, modne oprawki okularów, porządna marynarka albo kolorowa dobrze dopasowana rozmiarem bluza (dobrze dopasowany rozmiar to powinno być chyba słowem-kluczem dla naszych panów w Polsce) oraz szalik- to wszystko to banały można powiedzieć, prawdy dobrze wszystkim znane, a tak naprawdę mam wrażenie, że Polacy o nich zapominają. A to tak dużo zmienia! I nie mówię tu wcale o super burżuazji ani o ludziach bardzo zamożnych, nie o ilości pieniędzy wydanych na ubiór, ale o stylu. Czysty, dobrze skrojony, dobrze dobrany i modny- to jest sukces mężczyzn w Paryżu. Często widzę facetów ubranych w sieciówkach, ale z markowymi okularami albo bardzo porządnymi butami- to detale (znów prawdy oklepane) decydują o wyglądzie. Zresztą muszę przyznać, że Paryżanie zwracają dużą uwagę na swój wygląd i to tylko z korzyścią dla nich. Są też chyba przez to bardziej wymagający wobec kobiet odnośnie ich stroju czy wyglądu. Oczywiście nie wszyscy, ale jest to dość zauważalna tendencja.
Z drugiej strony w tym klasycznym mieście wszystko jest możliwe, wszystko jest dozwolone, każdy ubiera się jak chce. Na pewno nie jest to tak jaskrawe jak w Londynie, bo cały czas mam wrażenie, że paryską elegancję ceni się i jej się przestrzega. I nie mogę się już doczekać, aż panowie w Polsce docenią wagę detalu i radość dla oka z dobrze ubranego mężczyzny. Amen.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)