Wiem, że już tu tak cicho od dłuższego czasu na tym moim blogu, ale przyznaję się, że jak tylko w zeszłym tygodniu słońce nas rozpieszczało, a temperatura podskoczyła powyżej 20 stopni, to złapałam lenia, nie zwiedzałam nic oprócz trawników w parkach z książką w ręce i taki to właśnie efekt. Było przepięknie, wiosennie, a cały Paryż momentalnie wpadł na ten sam pomysł, więc parki były najludniejszym i najgłośniejszym miejscem zeszłego tygodnia;) Z nowości, pierwszy raz odwiedziłam przepiękny park Buttes Chaumont, ale na razie poza zdjęciem poniżej nie wdaję się w szczegóły, bo ja tam jeszcze muszę na spokojnie wrócić, tym razem nie na piknik i leżenie w słońcu, ale na prawdziwy spacer.
A poniżej mój kochany park Monceau, który już dobrze znacie.
Za to kiedy tylko w weekend bardzo się ochłodziło z nowym zapałem powróciłam do odkrywania kawałek po kawałku paryskich dzielnic. Tym razem wybór padł na L'Ile de la Cite, czyli większą z dwóch wysp, gdzie tak naprawdę zaczęła się historia Paryża i gdzie plemię Paryzjów założyło swoją osadę, a później miasto. Od X do XIV wieku wyspa była siedzibą królów francuskich i do dzisiaj jest to razem z mniejszą wyspą St. Louis jedno z droższych i najbardziej prestiżowych miejsc miasta. Wszyscy oczywiście znają Katedrę Notre Dame, o której pisałam już wcześniej na blogu. Ale tuż niedaleko niej znajduję się prawdziwa perełka, trochę schowana, o której nie wszyscy wiedzą. Mówię to o Sainte Chapelle- dwukondygnacyjnej kaplicy, części nieistniejącego już pałacu królewskiego. Jest to dość mała kaplica, trochę schowana, tuż przy Palais de Justice (Pałacu Sprawiedliwości, czyli siedzibie wymiaru sprawiedliwości). Dobrze widać ja w lewym górnym rogu poniższego zdjęcia- przechodząc obok, nie rzuca się ona za bardzo w oczy, a żeby do niej podejść, trzeba przejść przez bramę innego budynku. Ale warto zabłądzić.
To jest pierwszy raz w moim życiu, kiedy widziałam obiekt sakralny dwupoziomowy! Robi to wrażenie, bo gotyckie łuki i sklepienia są zachowane na obu poziomach, będąc na tym niższym łatwo zapomnieć, że ponad nami jest jeszcze "piętrko dla króla"- takie właśnie było wytłumaczenie dwóch poziomów. Król nigdy nie bywał w niższej kaplicy, nie przechodził nawet przez nią udając się do swojego poziomu, tak jak robią to obecnie zwiedzający. Królewska, wyższa kaplica była połączona bezpośrednio z jego apartamentami, do której wchodzić mogła również królewska świta i kolegium kanoników. Kaplica dolna była natomiast miejscem kultu przeznaczonym dla służby pałacowej.
Kolory, zdobienia i harmonijność tego miejsca po prostu mnie oczarowały. Poniżej zdjęcia z niższej kondygnacji:
Miałam też ogromne szczęście trafić na porywającego i przesympatycznego francuskiego przewodnika, który oprowadzał wszystkich chętnych turystów, opowiadał historię kaplicy i co najciekawsze, a zarazem najważniejsze, tłumaczył bogatą i zawiją symbolikę gotyku, gdzie nawet w nagromadzeniu detali, postaci, zdobień i kolorów, nie nie jest przypadkowe. Na górnej kondygnacji tak się zasłuchałam i skupiałam na rozszyfrowywaniu witraży, że nawet z tego wszystkiego, nie zrobiłam za dużo zdjęć;)
Rozeta, którą widać na zdjęciu powyżej jest uznawana za jedną z trzech najpiękniejszych we Francji. Piękne witraże ilustrują praktycznie całą Biblię- dwie ściany Stary Testament oraz dwie- Nowy. W czasie drugiej wojny światowej w obawie przed bombardowaniem zdemontowano wszystkie witraże i schowano je w piwnicach Panteonu, a w 1945 roku, już po zakończeniu wojny zamontowano je ponownie. Wyobrażacie sobie tę pracę?
Tego dnia odnalazłam też mały, trójkątny plac Dauphine położony niedaleko mostu Pont Neuf, który zachował swój starodawny urok i tego dnia wydał mi się najspokojniejszym miejscem Paryża- może ze względu na przenikliwe zimno, spotęgowane jeszcze na nadbrzeżu Sekwany.
Dlatego też na koniec razem z moją koleżanką, zmarznięte okropnie poszłyśmy ogrzać się gorącym mlekiem z wanilią w przypadkowo odkrytym miłym barku mlecznym z pysznymi koktajlami mlecznymi.
A nadchodzący weekend spędzam w Polsce, więc Paryż chwilę poczeka ;)
Mam tę okazję i szczęście spędzić cały rok akademicki w tym, jak mówią, najpiękniejszym mieście świata. Na blogu dzielę się moimi wrażeniami, przeżyciami i spostrzeżeniami na temat Paryża i jego mieszkańców. Zabytki, ulice, kultura, życie codzienne, kuchnia, moda, uczelnia, życie nocne- bienvenue a Paris.
środa, 21 marca 2012
wtorek, 13 marca 2012
Po drugiej stronie rzeki
Czyli na lewym brzegu Sekwany spędziłam wczorajszą niedzielę. Oprócz okolic St. Germain, Odeonu i Ogrodów Luksemburskich bardzo słabo znam i rzadko bywam w tamtych dzielnicach. A dobrą motywację i powód, żeby odwiedzić okolice czternastej i siódmej dzielnicy znalazła moja koleżanka, która zaproponowała lunch w jednej z naleśnikarni na ulicy... naleśnikowej można by powiedzieć położonej obok wieży Montparnasse. Ulica naleśnikowa nazywa się Rue de Montparnasse i praktycznie każdy lokal przy niej położony, to naleśnikarnia! Naleśniki są pyszne, ogromny wybór tych zarówno na słodko, jak i słono, a do tych słonych polecam najbardziej dzbaneczek zimnego cydru- obiad jak marzenie. Zamieszczam zdjęcie naleśnikarni, którą Aline mi poleciła jako najlepszą- nie wiem, czy rzeczywiście jest ona najlepsza na tej ulicy, ale wszystkie stoliki zajęte i kolejka gości czekająca przy drzwiach, aż się zwolni miejsce, na pewno przemawiają na korzyść. Poza tym jedzonko bardzo dobre, ceny przyzwoite, polecam.
Po naleśnikach herbatka i kino (udało mi się wreszcie zobaczyć "Damę z żelaza", na którą jakoś długo nie mogłam się wybrać), a że wiosna już zawitała do Paryża i uraczyła nas wczoraj piękną pogodą, dzień zakończyłyśmy spacerem, takim jak lubię najbardziej- bez celu, bez planu, po prostu gdzie nas nogi poniosą. I tak idąc odkrywałyśmy kolejne bulwary i aleje, aż znalazłyśmy się nagle pod Kościołem Inwalidów, tylko tak od innej strony, niż dotychczas go oglądałam. A potem mijając piękny park wokół kościoła doszłyśmy do Sekwany na most Aleksandra III. Wrzucam zdjęcia ze spaceru, było czym nacieszyć oczy :)
Poniżej wieża Montparnasse
Po naleśnikach herbatka i kino (udało mi się wreszcie zobaczyć "Damę z żelaza", na którą jakoś długo nie mogłam się wybrać), a że wiosna już zawitała do Paryża i uraczyła nas wczoraj piękną pogodą, dzień zakończyłyśmy spacerem, takim jak lubię najbardziej- bez celu, bez planu, po prostu gdzie nas nogi poniosą. I tak idąc odkrywałyśmy kolejne bulwary i aleje, aż znalazłyśmy się nagle pod Kościołem Inwalidów, tylko tak od innej strony, niż dotychczas go oglądałam. A potem mijając piękny park wokół kościoła doszłyśmy do Sekwany na most Aleksandra III. Wrzucam zdjęcia ze spaceru, było czym nacieszyć oczy :)
Poniżej wieża Montparnasse
poniedziałek, 5 marca 2012
Mydło i powidło...
... czyli pchli targ St. Ouen, gdzie wybrałyśmy się z koleżanką w niedzielę! Miejsce kolorowe, pstrokate, dziwne, przyciągające, zupełnie inne od typowych turystycznych szklaków paryskich, dlatego absolutnie warte odwiedzenia. Targ odbywa się w weekendy od rana do godziny 18 i mieści się na północnych obrzeżach miasta, należy wysiąść na końcowej stacji linii metra numer 4, Porte Clignancourt. W Paryż otoczony jest na swoich obrzeżach różnymi Portami, czyli tłumacząc drzwiami do miasta. Wychodząc ze stacji należy przyjeść na drugą stronę ulicy i podążać za tłumem, sprzedawcami "markowych" zegarków i torebek Luis Vuitton, a także kierować się w stronę brzydkich bud i straganów pełnych podróbek wszystkiego co się da. I najlepiej od początku bacznie pilnować zawartości torebek i kieszeni. Wiem, że obraz tego miejsca, który się w tej chwili maluję jest raczej zniechęcający i odrzucający, ale warto przebrnąć przez ten nieciekawy, aczkolwiek osobliwy początek, by dotrzeć do esencji targu St. Ouen. A zaczyna się ona mniej więcej na wysokości obwodnicy Paryża, która biegnie nad ulicą- w tym miejscu należy skierować się na lewo. I zaczynać szperać...
Początkowo widok maluję się dość biednie, a mianowicie tak:
ale potem jest już coraz ciekawie i zabawniej:
aż w końcu, kiedy przebrniemy już przez sztuczną biżuterię, dresy Adidasa, dżinsy Levisa i całą stertę kiczu, zaczniemy odnajdywać naprawdę ciekawe miejsca. Jest tu kilka stoisk z ubraniami, butami i torebkami vintage, które dla wszystkich fanek mody, fashionistek, szafiarek i po prostu typowych kobiet ;) są rajem na ziemi! Można znaleźć rzeczy ciekawe, w dobrym stanie, w przyzwoitej cenie, a oznaczone metkami znanych projektantów i dobrych marek (za oryginalność wszystkiego nie ręczę). Do tego ze zdziwieniem stwierdziłyśmy z koleżanką, że praktycznie 90 % z tych produktów jest cały czas super modna! Moda wraca, klasyki są zawsze na czasie, więc naprawdę wierzcie mi, można wyszperać niezłe okazje (zaznaczam, że największe korzyści osiągną tu zaprawieni i cierpliwi szperacze). A już nie mówię o osobach, które chcą skompletować sobie jakieś przebranie na imprezę tematyczną- pchli targ jest jedną wielką kopalnią pomysłów i inspiracji.
Tutaj vintage'owe stoiska. Osobiście pokochałam tę małą torebkę Longchamps za 35 euro (pierwsza z lewej), ale powstrzymałam się przed jej zakupem.
Ale oczywiście pchli targ nie ogranicza się tylko do ciuchów, jest tam też niezliczona ilość antyków, przepięknych mebli, obrazów, śrubek, nakrętek, zegarów, pocztówek, książek, guzików, szali, pasków, starych perfum, pudełeczek- po prostu wszystkiego! Największe wrażenie robią przepiękne meble, co idzie w parze z wrażeniem po obejrzeniu ich ceny ;))
Mnie jednak, jak mogą podejrzewać ci, którzy mnie dobrze znają, chwytały za serce innego typu "skarby". I tak znalazłam urocze, śliczne sandałki podobno Gucci, którym po prostu nie mogłam się oprzeć, a jeszcze pech tak chciał, że były w moim rozmiarze... Więc bezradna wobec siły wyższej i przeznaczenia, sprawiłam sobie takie same jak te na zdjęciu, tylko że w kolorze czarnym, który uznałam za bardziej uniwersalny.
Tylko Natalia, moja koleżanka, która dzielnie mi doradzała, wie ile emocji i wzruszeń dostarcza takie urocze znalezisko ;)
No a wracając do samego targu, duża część stoisk znajduje się na powietrzu, jednak bardziej elegancka, wyszukana i droższa część znajduje się w przyzwoitym budynku, przy którego alejkach usytuowana są stoiska lub sklepiki z naprawdę już drogimi i cennymi przedmiotami. W oczy rzuciła mi się dość duża ilość sklepów z oryginalnymi ubraniami z epoki, XIX wiek, lata 20., 40., jest to niezwykła radość z oglądania tych wszystkich sukien, bucików, kapeluszy. Również niektórzy sprzedawcy doskonale wpisują się w klimat sprzedawanych ubrań i przywiązują dużą wagę do swoich własnych stylizacji. Niestety głupio mi było robić komuś zdjęcia tak bezpośrednio, mam tylko kilka fotek z ukrycia ;)
Z pewnością wrócę jeszcze na ten pchli targ St. Ouen. Nie tylko dlatego, że nie udało mi się obejrzeć wszystkich straganów, ale również dlatego, że to świetna zabawa i możliwość posmakowania trochę innego oblicza Paryża.
Początkowo widok maluję się dość biednie, a mianowicie tak:
ale potem jest już coraz ciekawie i zabawniej:
aż w końcu, kiedy przebrniemy już przez sztuczną biżuterię, dresy Adidasa, dżinsy Levisa i całą stertę kiczu, zaczniemy odnajdywać naprawdę ciekawe miejsca. Jest tu kilka stoisk z ubraniami, butami i torebkami vintage, które dla wszystkich fanek mody, fashionistek, szafiarek i po prostu typowych kobiet ;) są rajem na ziemi! Można znaleźć rzeczy ciekawe, w dobrym stanie, w przyzwoitej cenie, a oznaczone metkami znanych projektantów i dobrych marek (za oryginalność wszystkiego nie ręczę). Do tego ze zdziwieniem stwierdziłyśmy z koleżanką, że praktycznie 90 % z tych produktów jest cały czas super modna! Moda wraca, klasyki są zawsze na czasie, więc naprawdę wierzcie mi, można wyszperać niezłe okazje (zaznaczam, że największe korzyści osiągną tu zaprawieni i cierpliwi szperacze). A już nie mówię o osobach, które chcą skompletować sobie jakieś przebranie na imprezę tematyczną- pchli targ jest jedną wielką kopalnią pomysłów i inspiracji.
Tutaj vintage'owe stoiska. Osobiście pokochałam tę małą torebkę Longchamps za 35 euro (pierwsza z lewej), ale powstrzymałam się przed jej zakupem.
Ale oczywiście pchli targ nie ogranicza się tylko do ciuchów, jest tam też niezliczona ilość antyków, przepięknych mebli, obrazów, śrubek, nakrętek, zegarów, pocztówek, książek, guzików, szali, pasków, starych perfum, pudełeczek- po prostu wszystkiego! Największe wrażenie robią przepiękne meble, co idzie w parze z wrażeniem po obejrzeniu ich ceny ;))
Mnie jednak, jak mogą podejrzewać ci, którzy mnie dobrze znają, chwytały za serce innego typu "skarby". I tak znalazłam urocze, śliczne sandałki podobno Gucci, którym po prostu nie mogłam się oprzeć, a jeszcze pech tak chciał, że były w moim rozmiarze... Więc bezradna wobec siły wyższej i przeznaczenia, sprawiłam sobie takie same jak te na zdjęciu, tylko że w kolorze czarnym, który uznałam za bardziej uniwersalny.
Tylko Natalia, moja koleżanka, która dzielnie mi doradzała, wie ile emocji i wzruszeń dostarcza takie urocze znalezisko ;)
No a wracając do samego targu, duża część stoisk znajduje się na powietrzu, jednak bardziej elegancka, wyszukana i droższa część znajduje się w przyzwoitym budynku, przy którego alejkach usytuowana są stoiska lub sklepiki z naprawdę już drogimi i cennymi przedmiotami. W oczy rzuciła mi się dość duża ilość sklepów z oryginalnymi ubraniami z epoki, XIX wiek, lata 20., 40., jest to niezwykła radość z oglądania tych wszystkich sukien, bucików, kapeluszy. Również niektórzy sprzedawcy doskonale wpisują się w klimat sprzedawanych ubrań i przywiązują dużą wagę do swoich własnych stylizacji. Niestety głupio mi było robić komuś zdjęcia tak bezpośrednio, mam tylko kilka fotek z ukrycia ;)
Z pewnością wrócę jeszcze na ten pchli targ St. Ouen. Nie tylko dlatego, że nie udało mi się obejrzeć wszystkich straganów, ale również dlatego, że to świetna zabawa i możliwość posmakowania trochę innego oblicza Paryża.
czwartek, 1 marca 2012
Zgubić się na Marrais...
Zgubić się, ale specjalnie, iść przed siebie bez mapy, bez planu, bez żadnego zamiaru znalezienia czegoś lub kogoś, po prostu włóczyć się wąskimi, urokliwymi uliczkami, oglądać wystawy małych butików, pracowni artystycznych, designerskich, mały restauracyjek i biur, natrafić przypadkiem na mały skwer lub parczek, znaleźć się przed Muzeum Picassa albo na placu targowym. Tak wyglądało dzisiaj moje popołudnie, które spędziłam na długim spacerze w jednej z moich ulubionych i jednej z najbardziej klimatycznych paryskich dzielnic- Le Marrais. Marrais z francuskiego oznacza bagna i w okresie powstawania miasta, kiedy skupiało się ono tylko na Ile de la Cite (wyspa, na której znajduje się Katedra Notre Dame), prawy brzeg był bagnisty. Dopiero po osuszeniu terenu, zaczęto budować nową dzielnicę (o ile się nie mylę był to XII wiek), która poprzez swoją różnorodność i multikulturowość zyskała niepowtarzalny koloryt i charakter. A do tego jak tam jest spokojnie! Jakby czas się zatrzymał. Sama dzielnica oferuje szeroki wachlarze miejsc wartych odwiedzenia, poprzez muzea (Picasso, Carnavalet, Kultury i Sztuki Judaizmu itd.), kościoły, Plac Wogezów z domem Victora Hugo pod numerem 6, Hotel de Ville przy Sekwanie do wielu innych zabytków. Ja dzisiaj jednak nie wchodziłam do żadnego z muzeów ani kościołów- po prostu szłam, gdzie mnie nogi i oczy poniosły, nie spoglądając na plan miasta, bez żadnego pomysłu, gdzie swój spacer zakończę. Niestety pech chciał, że mój aparat rozładował się już po zrobieniu kilku zdjęć, ale nie ma tego złego- ja tam jeszcze na pewno wrócę i to nie raz. Na razie przedsmak atmosfery Marrais:
Z kwestii, które mnie dzisiaj uderzyły, to ulica Rue du Temple, która biegnie prostopadle do znanej ulicy Rivoli mogłaby się nazywać ulicą hurtową: jest to nieprzerwany ciąg sklepów z biżuterią sztuczną i prawdziwą oraz sklepów z wszelkiego rodzaju damskimi torebkami, gdzie prowadzona jest sprzedaż wyłącznie hurtowa! Ale ilość tych sklepów- jeden za drugim...
I druga sprawa- czas spędzany w Paryżu można by mierzyć kawami wypitymi przy stolikach wystawionych na chodnikach:) Z przewodnikiem, z książką lub karteczkami z tysiącem słówek francuskich do nauczenia w ręku. I bez wątpienia jest to jedna z moich największych przyjemności w tym mieście.
Z kwestii, które mnie dzisiaj uderzyły, to ulica Rue du Temple, która biegnie prostopadle do znanej ulicy Rivoli mogłaby się nazywać ulicą hurtową: jest to nieprzerwany ciąg sklepów z biżuterią sztuczną i prawdziwą oraz sklepów z wszelkiego rodzaju damskimi torebkami, gdzie prowadzona jest sprzedaż wyłącznie hurtowa! Ale ilość tych sklepów- jeden za drugim...
I druga sprawa- czas spędzany w Paryżu można by mierzyć kawami wypitymi przy stolikach wystawionych na chodnikach:) Z przewodnikiem, z książką lub karteczkami z tysiącem słówek francuskich do nauczenia w ręku. I bez wątpienia jest to jedna z moich największych przyjemności w tym mieście.
Francuskie Alpy, I powrót do Paryża!:)
W połowie lutego wyjechałam z moim bobasem i jego rodziną na tydzień w góry na wakacje zimowe, których celem była jazda na nartach. Ja oczywiście przeznaczona byłam do opieki nad małym jako fille au paire, ale dane było mi pojeździć jeden dzień w Trzech Dolinach, gdzie mieliśmy wynajętą chatkę. Mieszkaliśmy w najniżej położonej stacji w 3 dolinie od lewej, w maleńkim miasteczku, co nie miało żadnego wpływu na jazdę na nartach (wszystkie stacje i doliny są świetnie skomunikowane zarówno stokami jak i wyciągami, można się swobodnie przemieszczać i szusować z jednej doliny do drugiej), ale miało wpływ na spędzanie czasu z dziewięciomiesięcznym bobasem, ponieważ oprócz wygodnego, dużego i świetnie nasłonecznionego tarasu nie mieliśmy zbyt wielu rozrywek. A internet do tego był dość słaby i tylko w dwóch kątach, dlatego zdjęcia z naszych spacerów wrzucam dopiero teraz, już w Paryżu (od kilku dni, przyznaję się;)). Jeśli chodzi o same narty, to jestem zakochana we Francuskich stokach i możliwościach wyboru (w Trzech Dolinach 600 km tras!), pogodzie- mieliśmy duuużo słońca i było naprawdę ciepło, dla mnie pogoda idealna do jazdy, ale niestety ceny są powalające i skutecznie odstraszające... A widoki piękne, co widać poniżej. Są to tylko zdjęcia z naszego małego miasteczka, a interesującą kwestią jest występowanie uroczych, małych kościołów średnio co 500 metrów, nawet jeśli w mieścinie nie ma sklepu. Trochę jak w Polskich górach :)
Ale i tak nic nie może równać się z przyjemnością powrotu do Paryża. I nie chcę tu być bardziej francuska od Francuzów, ale po prostu w tym mieście czuję się jak u siebie, poza tym Paryż przywitał mnie piękną pogodą, słońcem i wyczuwalną już w powietrzu wiosną, a pokonując w taksówce drogę z Dworca Lyońskiego do mojej siedemnastej dzielnicy (dwa przeciwległe krańce prawego brzegu) mogłam "przywitać się" z większością najważniejszych miejsc tego miasta położonych wzdłuż Sekwany. I tak przyznaję, jestem absolutnie nieobiektywna w mojej ocenie tego miasta, ale w końcu piszę subiektywnego bloga, a nie przewodnik turystyczny :)
I z pierwszych miejsc, które zobaczyłam po powrocie był Park St. Cloud położony już z Paryżem, a raczej na obrzeżach, jeszcze za Laskiem Bulońskim, który jest tak ogromny, że porusza się w nim samochodami, skuterami albo na rowerze, ponieważ odległości do pokonania przekraczają zwyczajowy dystans spacerów po parku. Wrzucam zdjęcie panoramy Paryża z tarasu widokowego w Parku, który położony jest trochę wyżej niż samo miasto. Co ciekawe, jest to widok uchwycony od zupełnie innej strony, niż zazwyczaj, najbliżej mamy do Wieży Eiffla w szesnastej dzielnicy i pięknie widać wzgórze Montmartre położone w oddali. Przykro mi, że jakość zdjęcia jest taka kiepska, ale pogoda niestety nie sprzyjała i było dość pochmurnie.
A z mojego wczorajszego spaceru w okolicy uczelni wrzucam kilka fotek pokazujących inne, bardziej nowoczesne oblicze Paryża. Moja tutejsza uczelnia położona jest nad samą Sekwaną na lewym brzegu w trzynastej dzielnicy. Przechodząc na drugą stronę rzeki, znajdujemy się w dwunastej dzielnicy i w okolicy nazywanej Bercy. Tam położony jest piękny park, Ministerstwo Finansów (często w prasie codziennej zamiast używania nazwy MF piszą po prostu Bercy podjęło decyzję, Bercy proponuje itd.) oraz tzw. Village de Bercy, które jest jakby małym wydzielonym terenem tuż obok parku z licznymi sklepami, barami, kawiarniami i dużym kinem z bardzo przystępnymi dla studentów cenami. A sama okolica z widokiem na lewy brzeg prezentuje się nowocześnie i, jak na tradycyjne paryskie kamienice dobrze znane z pocztówek, filmów czy fotografii, dość nietypowo.
Niestety i tym razem nie miałam szczęścia ze światłem, słońce pokazało się tego dnia dopiero późnym popołudniem.
A dla wszystkim fanów Mikołajka, mała niespodzianka!:)
A z okazji 1 marca Natalia wybrała się dzisiaj na jogging do swojego ukochanego parku Monceau, który zasłużył na to miano ze względu na bliskość miejsca zamieszkania i oczywiście swój nieodparty urok. Jeju, ile ludzi tutaj biega o każdej porze dnia, aż chce się ruszyć polskie pośladki i szukać wiosny truchtem. I opłacało się, niektóre drzewa w parku zaczynają już kwitnąć!
I mały bonus, jako że dość długo zabierałam się do wrzucenia tego posta, przygotowałam sobie odpowiednie warunki i motywatory (kawa+czekolada to jest mój nieodłączny zestaw jeszcze z liceum). A więc Natalia przy pracy, Natalia blogguje :)
Ale i tak nic nie może równać się z przyjemnością powrotu do Paryża. I nie chcę tu być bardziej francuska od Francuzów, ale po prostu w tym mieście czuję się jak u siebie, poza tym Paryż przywitał mnie piękną pogodą, słońcem i wyczuwalną już w powietrzu wiosną, a pokonując w taksówce drogę z Dworca Lyońskiego do mojej siedemnastej dzielnicy (dwa przeciwległe krańce prawego brzegu) mogłam "przywitać się" z większością najważniejszych miejsc tego miasta położonych wzdłuż Sekwany. I tak przyznaję, jestem absolutnie nieobiektywna w mojej ocenie tego miasta, ale w końcu piszę subiektywnego bloga, a nie przewodnik turystyczny :)
I z pierwszych miejsc, które zobaczyłam po powrocie był Park St. Cloud położony już z Paryżem, a raczej na obrzeżach, jeszcze za Laskiem Bulońskim, który jest tak ogromny, że porusza się w nim samochodami, skuterami albo na rowerze, ponieważ odległości do pokonania przekraczają zwyczajowy dystans spacerów po parku. Wrzucam zdjęcie panoramy Paryża z tarasu widokowego w Parku, który położony jest trochę wyżej niż samo miasto. Co ciekawe, jest to widok uchwycony od zupełnie innej strony, niż zazwyczaj, najbliżej mamy do Wieży Eiffla w szesnastej dzielnicy i pięknie widać wzgórze Montmartre położone w oddali. Przykro mi, że jakość zdjęcia jest taka kiepska, ale pogoda niestety nie sprzyjała i było dość pochmurnie.
A z mojego wczorajszego spaceru w okolicy uczelni wrzucam kilka fotek pokazujących inne, bardziej nowoczesne oblicze Paryża. Moja tutejsza uczelnia położona jest nad samą Sekwaną na lewym brzegu w trzynastej dzielnicy. Przechodząc na drugą stronę rzeki, znajdujemy się w dwunastej dzielnicy i w okolicy nazywanej Bercy. Tam położony jest piękny park, Ministerstwo Finansów (często w prasie codziennej zamiast używania nazwy MF piszą po prostu Bercy podjęło decyzję, Bercy proponuje itd.) oraz tzw. Village de Bercy, które jest jakby małym wydzielonym terenem tuż obok parku z licznymi sklepami, barami, kawiarniami i dużym kinem z bardzo przystępnymi dla studentów cenami. A sama okolica z widokiem na lewy brzeg prezentuje się nowocześnie i, jak na tradycyjne paryskie kamienice dobrze znane z pocztówek, filmów czy fotografii, dość nietypowo.
Niestety i tym razem nie miałam szczęścia ze światłem, słońce pokazało się tego dnia dopiero późnym popołudniem.
A dla wszystkim fanów Mikołajka, mała niespodzianka!:)
A z okazji 1 marca Natalia wybrała się dzisiaj na jogging do swojego ukochanego parku Monceau, który zasłużył na to miano ze względu na bliskość miejsca zamieszkania i oczywiście swój nieodparty urok. Jeju, ile ludzi tutaj biega o każdej porze dnia, aż chce się ruszyć polskie pośladki i szukać wiosny truchtem. I opłacało się, niektóre drzewa w parku zaczynają już kwitnąć!
I mały bonus, jako że dość długo zabierałam się do wrzucenia tego posta, przygotowałam sobie odpowiednie warunki i motywatory (kawa+czekolada to jest mój nieodłączny zestaw jeszcze z liceum). A więc Natalia przy pracy, Natalia blogguje :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)