czwartek, 26 stycznia 2012

Na spotkanie gargulcom

W Katedrze Notre Dame byłam już kilka razy, przed katedrą i przede wszystkim na jej tyłach, w prześlicznym małym parku jeszcze częściej. Ale nigdy do tej pory nie zdarzyło mi się wejść na wieżę, przejść się szlakami Quasimodo i obejrzeć panoramę miasta z samego jej serca, miejsca, w którym tak naprawdę historia miasta się zaczęła (Paryż zaczął się rozwijać właśnie na Ile de Cite). Dlatego wczoraj, z inspiracji mojej aktywnej Carolin, wspięłyśmy się na 475 stopnień wąskimi, krętymi schodkami odczekawszy najpierw swoje w kolejce. I tutaj mała dygresja: nawet w wietrzną, styczniową środę (styczeń nie jest specjalnie turystycznym miesiącem na zwiedzanie wielkiego miasta, tak mi się wydaje) o godzinie 11 przed południem, jest kolejka. Niedługa, ale to jest danina, którą trzeba Paryżowi zapłacić, za to wejście na samą wieżę dla osób poniżej 26 roku życia jest bezpłatne;) Stopni co nie miara, ale zapewniam, że warto, żeby poczuć tę atmosferę jak z powieści lub filmu, zobaczyć z bliska ten 13-sto tonowy dzwon oraz... pogłaskać gargulca!
I osobiście uważam, że widok jest piękniejszy niż z wieży Eiffela. Oczywiście wieża jest wyższa, więc widok bardziej rozległy, ale katedra, jak już wspominałam, jest położona w samym środku idealnie przecież centrycznego Paryża, dlatego z każdej strony (można ją obejść na około, tak jak Tour Eiffel) widać wszystkie najważniejsze punktu miasta z mniejszej odległości niż z wieży, która położona jest trochę na uboczu.


A z takich bardziej przyziemnych (w tym wypadku przejście z wysokości mamy dosłowne) spraw, w jedną styczniową sobotę wybrałyśmy się z koleżankami na kawę w pobliżu dość handlowych miejsc z masą różnych sklepów po drodze. To, co dzieje się w Paryżu w okresie wyprzedaży, szczególnie w sobotę, ulubiony dzień zakupowy Paryżan, jest chyba jeszcze bardziej drastyczne, hałaśliwe i zatłoczone, niż przed świętami. Ale gra jest warta świeczki, w większości wypadków 50% oznacza cenę niższą rzeczywiście on 50%. Szkoda tylko, że stypendia na drugi semestr wpłynęły tak późno ;)

środa, 25 stycznia 2012

180 cm blond ze Wschodu

Zauważyłam, że dla Paryżan (nie mam chyba prawa mówić ogólnie o Francuzach, bo Paryż to nie Francja) wszystko, co leży po prawej stronie granicy francuskiej, to już całkiem porządny Wschód, Polska natomiast to już Wschód daleki. Żartujemy z moją koleżanką Niemką, że również Niemcy nie leżą w centrum Europy, bo Francję mają po lewej. A jak to jest być wysoką blondynką we Francji? No cóż, połóżmy nacisk na tę wysoką. Bo blondynek tu trochę jest, mimo że typowa Francuzka jest niska i ma ciemne włosy, do tego jest drobna i szczupła, przy czym to ostatnie cały czas niezmiennie mnie zastanawia- jak one to robią? Nie zrozumie o czym myślę ten, kto nie był we francuskiej cukierni i nie widział tych cudeniek... mój mały grzech z dzisiaj to mała tarta czekoladowo-orzechowa na kruchym cieście... Ale, wracamy do tematu.
Otóż przy moim wzroście 180cm, życie tutaj jest dość ciekawe. Jestem zazwyczaj jedną z najwyższych kobiet w metrze (to takie miejsce, gdzie ma się przekrój całego społeczeństwa w jednym miejscu, poza tym korzystam z niego codziennie i mam możliwość obserwowania ludzi dyskretnie i bezkarnie), a każdą wysoką dziewczynę witam z wdzięcznością, bo to zawsze raźniej. Nie jest to absolutnie mój kompleks, bo żeby nikogo nie urazić, ale moich nóg nie wymieniłabym na te małe francuskie chudzielce, ale mimo wszystko czuję, że w jakiś sposób się wyróżniam. A już na pewno, kiedy z moją kochaną długowłosą blond Niemką, również dość wysoką idziemy gdzieś razem. To już jest oczywiste, że Francuzkami nie jesteśmy ;)
Kolejną kwestią są stoliki w barach, restauracjach i bistrach w Paryżu, które są strasznie niskie! Jeżeli chcę usiąść na tak zwanej ławeczce

wzdłuż której ustawiony jest rząd małych stoliczków, kelner musi mi pomóc i odsunąć stolik, tak żebym mogła się jakoś pod niego wcisnąć z moimi nogami. Wszystko to jednak urocze perypetie dnia codziennego. Koszmar zaczyna się, kiedy chcę sobie kupić spodnie. W Polsce też nie było tu nigdy łatwe, ale jeżeli średnia wzrostu to 165 cm, to nikt nie będzie hurtowo sprzedawał dżinsów dłuższych o kolejne 15 cm. Jak czasami myślę o Julii Child, słynnej amerykańskiej kucharce, która była dużo wyższa niż ja, a żyła tutaj w latach 50., to już rozumiem, dlaczego ubrania sprowadzała sobie ze Stanów... ;)
A tu widok utrwalony na zdjęciu przez mojego kolegę, który ma profesjonalny aparat i uchwycił jeden w tych momentów, w których przypominam sobie, dlaczego chcę tu żyć i dlaczego tak kocham to miasto.

Widok z mostu pomiędzy placem Concorde a Zgromadzeniem Narodowym, tuż po zachodzie słońca.
A z bardzo dobrych wiadomości, to skończyłam sesję, co oznacza, że teraz zajmę się odkrywaniem Paryża i języka francuskiego ze zdwojoną energią! W ramach tego mam już plan kolejnych obiektów do zwiedzenia, poza tym staram się oglądać dużo francuskich filmów bez napisów i dubbing. I właśnie wychodząc jednego razu z kina przy Operze, ważnego miejsca w tym mieście, dość modnego, gdzie do kina ustawiają się kolejki, zauważyłam małą myszkę wspinającą w sali po ścianie do kratki wentylacyjnej. No cóż, Paryż Paryżem, Opera Operą, nigdzie nie jest idealnie ;)

niedziela, 8 stycznia 2012

Bagietka

Kiedy po Świętach wróciłam do Paryża, sama byłam zdziwiona jak bardzo poczułam, że wracam w jakimś sensie do siebie. Z uśmiechem przywitałam moją tutejszą dzielnicę,  nawet ucieszyłam się na widok mojej małej dziupli. Po prostu kocham to miasto, więcej chyba nie muszę tłumaczyć :) Teraz od dalszego odkrywania go dzielą mnie jeszcze dwa egzaminy i jeden esej do napisania, więc liczę na to, że już w przyszły weekend będę mogła wrzucić na bloga masę zdjęć z nowych zakątków, urokliwych uliczek i wielu atrakcji, do których jeszcze nie dotarłam.
A wracając do tytułu posta, to tak, dzisiaj bagietka jest tematem przewodnim. Jak bagietka wygląda każdy wie, dodam, że we Francji jest jej wiele rodzajów, wszystkie przepyszne, a te wypieki, które w Polsce mamy na półkach pod tą nazwą nie mają za dużo wspólnego z prawdziwą francuską bagietką, a szkoda. Fakt,że Francuzi zajadają ją na śniadanie (świeżą albo jako grzankę) z konfiturą lub dżemem, też jest powszechnie dość znany. Największym zaskoczeniem dla mnie było natomiast to, że żaden obiad czy kolacja, prawdziwie francuska oczywiście, nie może się bez niej obyć. I nieważne jest to, czy jemy właśnie pierogi, makaron czy ziemniaki z porcją mięsa, bagietka na stole jest obowiązkowa. Do zgarniania sosu, do zagryzania, bez specjalnego powodu czy wytłumaczenia- bagietka pokrojona na małe kawałki jest nieodzowna. Kiedy w tym tygodniu jadłam ze znajomymi Francuzami obiad, usłyszałam, że przecież bagietka jest idealna do lazanii (!!!), którą tego dnia zamówiłam i że jeżeli chciałabym być prawdziwą Paryżanką, to tę lazanię powinnam zagryzać bagietką... Nie bez powodu więc ten rodzaj pieczywa stał się stereotypowym symbolem Francji, bagietki nie można bagatelizować.
A z ciekawostek, to w szesnastej dzielnicy Paryża znajduję się taka oto urocza aleja (Aleja Polski) :)