Wczoraj w nocy pierwszy raz widziałam Paryż przykryty śniegiem. I to nie takim lewie 2 mm, który się zaraz roztapia, ale solidną warstwą, która przykryła jezdnie i chodniki. Wieczór spędziłam u siebie, ale kiedy około północy wyjrzałam przez okno i zobaczyłam jak cudownie sypie, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie wyjść na krótki chociaż spacer. Ubrałam się oczywiście bardzo ciepło, nawet czapkę, i zrobiłam małą rundkę w mojej dzielnicy, gdzie byłam chyba naprawdę jedyną osobą na ulicy, która wybrała się na spacer dla przyjemności w taką pogodę. A tak ślicznie wyglądały paryskie ulice całe w bieli i płatki śniegu tańczące w świetle latarni. I dobrze zrobiłam, bo dzisiaj tego śniegu już ani widu, ani słychu, a że mróz trzyma cały czas, to nie wiem co oni z tym śniegiem dzisiaj rano zrobili... (przyznaję się, że nie jestem tu rannym ptaszkiem, a patrząc na godziny mojej blogowej aktywności, raczej małą sową w swojej dziupli i dziupla to idealne określenie dla tych moich kilku metrów kwadratowych ;))
Ogólnie aura, a dokładnie sroga zima, która od jakiegoś czasu okupuje Europę, jest we Francuskich mediach tematem numer jeden. W radiu informacyjnym przynajmniej połowa czasu serwisów informacyjnych, których słuchałam, poświęcona była pogodzie i problemach nią spowodowanych w całym kraju. Co prawa nie ogłoszono jeszcze stanu klęski żywiołowej, ale zima bardzo uprzykrza Paryżanom życie, co widać choćby na ulicach, kiedy nie mogą odpalić swoich nieprzystosowanych włoskich skuterów. Vespy są piękne, ale najlepiej chyba sprawdzają się jednak w Italii ;)
Ale ogólnie jest zimno i mimo że nie padają tu tak rekordowo niskie temperatury jak w Polsce, moja aktywność miejska jest bardzo zredukowana ostatnio głównie do poniższych czynności:
Przy czym zaznaczam, że filiżanka gorącej kawy lub herbaty oraz ciepłe skarpetki są nieodzowne! Tutaj jest bardzo duża wilgotność powietrza (dzisiaj 63%), a gdy dochodzi do tego silny wiatr, na ulicach jest naprawdę nieprzyjemnie, więc przemykam tylko szybko od metra do wejścia do budynków i niestety zwiedzanie miasta odkładam na bardziej sprzyjające warunki. Ale przygotowuję się już do tego teoretycznie, robiąc listę miejsc, które koniecznie muszę odwiedzić i oczywiście później podzielić się nimi z Wami na blogu.
Z miejsc wartych odwiedzenia polecam gorąco mały barek z żywnością bio EXKI, gdzie można znaleźć pyszne zupy, tarty, sałatki i ekologiczne desery w bardzo przyzwoitych cenach. Barek znajduje się obok Biblioteki Narodowej Francois Mitterand (to ten, do którego ja właśnie zaglądam, jest tuż obok uniwersytetu), jak również w okolicach opery, giełdy i na Montparnasse.
A przy okazji kończących się przecen, na których udało mi się jeszcze upolować parę przydatnych rzeczy, zadałam sobie następujące pytanie: jeżeli ktoś poprosił by mnie o radę, w jakie miejsce w Paryżu najlepiej wybrać się na zakupy, to co bym mu poleciła. (mówimy oczywiście o typowej babskiej triadzie uzależnień zakupowych ciuchy-buty-kosmetyki) Przeanalizowałam kilka miejsc, gdzie skupia się najwięcej marek obok siebie, bo tak właściwie zorganizowane są sklepy w Paryżu. Jest to najczęściej jakaś ulica, aleja, przy której znajdują się obok siebie różne sklepy. Oczywiście pojedynczo rozlokowane są sklepy po całym mieście, ale najbardziej praktycznie jest robić zakupy, gdzie wszystko jest obok siebie. I pytanie też, kto szuka sklepów z jakiej półki, bo jeżeli ktoś szuka tylko butików projektantów światowej sławy to zapraszam na aleję Montaigne ;) Osobom, które zadowolą się dobrze znanymi sieciówkami i trochę lepszymi francuskimi, bardzo ciekawymi markami, poleciłabym rundę zacząwszy od Opery Garnier. Tuż obok, wychodząc ze stacji metra na Bvd des Capucines można znaleźć popularne sieciówki Zarę, Mango, Promod i inne. Stamtąd, obchodząc Operę z prawej strony mijamy po kolei kilka kolejnych ciekawych sklepów dochodząc do Bvd Haussmann (nie wiem czy już wspominałam o dobrodziejstwach poczynionych Paryżowi przez barona Haussmanna, powinnam koniecznie wrzucić o nim kiedyś post), a tam... raj dla zakupoholiczek!: les Grands Magasins, czyli dwa olbrzymie i sławne domy handlowe Printemps i Galeria Lafayette! Tam można znaleźć ekskluzywne marki oraz kolekcje projektantów, jak również dwa ogromne H&M (europejska potęga, dziwne, że nie mają jeszcze swojej frakcji w Parlamencie Europejskim, mam wrażenie, że nie ma bardziej popularnego i wszechobecnego sklepu na naszym kontynencie), ale w tym samym miejscu, po drugiej stronie ulicy mamy już kolejne popularne sieciówki, w tym znów Mango, Zarę itd. Ale uwaga: mimo, że byliśmy już w tych sklepach tych marek chwilę wcześniej w innym miejscu, warto zajrzeć jeszcze raz. Część kolekcji się powtarza, ale często zdarza się, że są zupełnie inne ubranie niż w innym punkcie. Ponadto ilość ubrań przecenionych i ich dostępność również różni się w zależności od konkretnego sklepu tej samej marki. Warto też odbić w małą uliczkę Chaussee d'Antin la Fayette (jest przystanek metra o tej samej nazwie tuż obok), gdzie znajduje się kilka mniejszych sklepów z trochę niższej półki, małe markety i naleśniki sprzedawane wprost na chodniku, jeżeli już zgłodniejemy na zakupach.
Przy okazji muszę wspomnieć, że jestem zachwycona i zakochana w nowych kolekcjach na wiosnę i lato tego roku, cudne, kobiece, wygodne, na pewno kobiety będą zdobić ulice miast jak już dawno nie.
Hm, dużo mody ostatnio na blogu, wiem, że to nie jest co prawda blog modowy, ale przecież moda to ogromnie ważny aspekt w tej stolicy :)
Masz świetną okazję aby być w tym kraju tak długo. Ja mieszkałam w Paryżu trzy miesiące bo rok wcześniej byłam na wakacjach. I tak pod koniec września zamieszkałam z moim chłopakiem w maleńkim studiu w tym pięknym mieście. Niestety brak języka oraz reklama naszego kraju przez mieszkających tam naszych rodaków nie ułatwiła nam utrzymania się ... Nie rozumiem czemu ale jeden Polak próbuje zawsze wyciągnąć od drugiego jak najwięcej kasy... Musieliśmy wrócić do Polski bo drugi z rzędu niby patron mojego chłopaka nie wypłacił mu pieniędzy za pracę. Mimo wszystko miło to wspominam i Tobie życzę wykorzystania czasu jaki jest Ci dany w mieście miłości ;)
OdpowiedzUsuńTo jest niestety jakaś taka nasza cecha narodowa, że za granicą zamiast sobie pomagać, podkładamy sobie często nogę... Widziałam to w Anglii, tutaj na szczęście mam tylko dobre kontakty z Polakami, w sumie samymi studentami, którzy tak jak ja nastawieni są na odkrywanie miasta, kultury i zawieranie znajomości.
OdpowiedzUsuńSzkoda, że Wam się z chłopakiem nie udało zostać tu dłużej, życzę powodzenia na nowym etapie gdziekolwiek teraz jesteście:)