sobota, 3 grudnia 2011

Listopadowe opowieści

A ściślej rzecz biorąc, jedna dłuższa opowieść, w której postaram się streścić, jak minął mi kolejny miesiąc w tym mieście marzeń (dla mnie jest to miasto marzeń, pewnie w żadnym przewodniku nie użyto takiego określenia, blog opisuje moje osobiste doświadczenia i przemyślenia).
Zacznę może od mniej ciekawych, ale niestety pochłaniających mi dużą część czasu kwestii. Moja rzadka obecność na blogu spowodowana jest tym, że mam naprawdę dużo pracy na uczelni. Do świąt Bożego Narodzenia muszę oddać większość esejów, mam do zaliczenia większość testów, tak że w styczniu pozostanie mi tylko jeden egzamin i 1-2 prace do oddania. Semestr tak naprawdę niedawno się tu zaczął, a już się kończy, w styczniu nie mam zajęć i będę musiała zapisywać się już na przedmioty z drugiego semestru. A może to po prostu czas tak szybko umyka, a ja nie zdaję sobie sprawy. Bo wczoraj z przerażeniem (dosłownie, ze względu na moje niewyrobienie się z pracami) zdałam sobie sprawę, że już jest grudzień. Ale każdą wolną chwilę wykorzystuję z koleżankami na małą kawę w tych typowych paryskich kawiarniach albo na jakieś pyszności zakupione w cukierniach, z czego moja słabość do macaronów pozostaje niezmienna.
Od dłuższego czasu dni są raczej pochmurne, mimo że bardzo ciepłe. Jednak przez długi czas pogoda rozpieszczała miasto i fundowała takie piękne dni, jak ten, który spędziłam jednej niedzieli w Parku Monceau, tym, który położony jest w mojej dzielnicy. Byłam wtedy cały dzień z moim małym francuskim podopiecznym i korzystając z bezchmurnego nieba i ciepłego dnia wybraliśmy się na spacer. Paryżanie naprawdę bardzo chętnie korzystają ze swoich pięknych parków, które zazwyczaj są pełne ludzi, którzy spacerują, siedzą na ławkach czytając, biegają lub bawią się z dziećmi. Bardzo często rodzice odbierając dzieci ze szkoły idą najpierw z nimi do pobliskiego parku, żeby mogły się one jeszcze trochę pobawić na świeżym powietrzu przed powrotem do domu.

A potem Paryż został przystrojony w dekoracje świąteczne, a w wielu miejscach można już kupić choinki, co jakoś w ogóle mi nie pasuje, bo to trochę za wcześnie... Największe zainteresowanie jednak i to zarówno wśród turystów, jak i samych Paryżan, wzbudzają świąteczne wystawy dwóch najbardziej znanych i luksusowych centrów handlowych Paryża: Galerii Lafayette i Printemps. Każda witryna to małe dzieło sztuki przestawiające jakąś scenę z życia, z małym przepięknymi ruszającymi się lalkami, muzyką i gadżetami, które można kupić w galeriach. Po prostu cudo, a chętnych, którzy chcą to obejrzeć jest tylu, że z trudnością można zrobić zdjęcie. Ja miałam to szczęście, że wracałam późnym wieczorem z koncertu, który odbywał się niedaleko i wtedy udało mi się zrobić kilka zdjęć, gdzie nie widać innych oglądających ;)



Nie chcąc zupełnie przestać korzystać z przebogatej oferty kulturalnej Paryża, byłam w ciągu ostatnich dwóch tygodni na dwóch wystawach fotografii. Pierwsza to zbiór zdjęć bardzo znanego fotografa Lewis'a Hine, który uwieczniał w kadrze sceny z życia robotników, emigrantów i biednych ludzi mieszkających w Stanach Zjednoczonych na w pierwszej połowie XX wieku. Ja sierotka zapomniałam wtedy zabrać aparatu... Ale znalazłam w internecie jedno z najbardziej charakterystycznych zdjęć tego fotografa, żeby przybliżyć choć trochę, o jaki typ zdjęć chodzi. Voila!


Kolejna wystawa, która ma miejsce w Domu Fotografii w samym sercu urokliwej dzielnicy Le Marais to zbiór fotografii Williama Kleina. Klein został wynajęty przez Frederica Felliniego jako asystent przy kręceniu filmu. Kręcenie filmu się opóźniło, jednak Klein nie marnował czasu i swoje spacery rzymskimi ulicami, sceny włoskiego dolce vita skrupulatnie fotografował. Wystawa jest naprawdę warta obejrzenia, polecam wszystkim, którzy wybierają się w najbliższym czasie do Paryża. Urzekająca moda lat 50, piękne kobiety, tętniące życiem rzymskie ulice i radość wymalowana na twarzach ludzi to piękna pamiątka, którą Klein pozostawił ze swojej wizyty w Rzymie.
Kolejnym ciekawym odkryciem, o którym muszę koniecznie wspomnieć jest budynek dawnego Arsenału, gdzie teraz mieści się fascynująca biblioteka pod tą samą nazwą. Sama niestety nigdy nie wpadłabym na pomysł zobaczenia tego miejsca, poszliśmy tam całą grupą w ramach zajęć z Historii miast: Paryż, Londyn, Nowy Jork. Wrażenie, jakie wywarła na mnie ta maleńka biblioteka pełna starych książek, map, zapisków jest trudne do opisania. Małe pomieszczenia, gdzie na środku mieści się stół, a ściany zapełnione są regałami książek dochodzącymi pod sam sufit! Książek nie w dzisiejszym rozumieniu, ale starych, wielkich, ciężkich ksiąg, z których bardzo wiele pochodzi z XVIII i XIX wieku, które nie są do końca skatalogowane, a więc każda pozycja, po którą sięgamy może stać się ciekawym odkryciem co do jej treści i zawartości. Z grupą zajęciową oglądaliśmy plany miast datujące się od połowy XVIII stulecia. Imponująca podróż w czasie, obserwacja jak miasta się rozwijały, rosły i zmieniały swój wygląd. Interesująca lekcja o kartografii, która w owym czasie większą uwagę przywiązywała do estetyki mapy, niż jej precyzyjności. Kiedyś plany miast orientowane były na wschód, tak aby było widać fasady kościołów, które były z detalami rysowane. Co ciekawe, studenci mają wolny dostęp do tych zbiorów. Naprawdę imponujące kolekcja i miejsce o niepowtarzalnym charakterze.
A skoro już o bibliotekach mowa, to muszę się pochwalić, że zapisałam się do Biblioteki Narodowej im. Francois Mitteranda, która mieści się w bardzo ciekawym, nowoczesnym budynku w XIII dzielnicy tuż przy brzegu Sekwany. Atmosfera do nauki jest tam bardzo sprzyjająca i co ciekawe, biblioteka zazwyczaj jest pełna osób, które uczą się, czytają, piszą prace. Francuzi generalnie są do tego przyzwyczajeni i bardzo chętnie uczą się w bibliotekach, co jest dość zrozumiałe, ponieważ w takim miejscu nie ma wymówki, nie ma możliwości zająć się czym innym, po prostu trzeba się uczyć;) I taki też jest mój plan na jutrzejszy dzień, oby ta naukowa atmosfera sprzyjała mojej kreatywności.
A z miłych małych i krótkich przyjemności, byłam dzisiaj na herbacie w kawiarni przy paryskim meczecie, który jest przepiękny i warty dokładniejszego zwiedzenia przy najbliżej okazji. Kawiarnia jest jednak taką częścią meczetu, gdzie można w każdej chwili wpaść i wypić tradycyjnie podanej w szklankach, gorącej i słodkiej herbaty w otoczeniu fruwających i siadających na żyrandolach wróbli oraz kolorowych mozaik na ścianach.
Mam nadzieję, że przed powrotem do Polski na święta uda mi się jeszcze zobaczyć bądź zwiedzić coś, czym będę mogła podzielić się na blogu. Odkrywanie Paryża sprawia naprawdę ogromną radość!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz