środa, 25 stycznia 2012

180 cm blond ze Wschodu

Zauważyłam, że dla Paryżan (nie mam chyba prawa mówić ogólnie o Francuzach, bo Paryż to nie Francja) wszystko, co leży po prawej stronie granicy francuskiej, to już całkiem porządny Wschód, Polska natomiast to już Wschód daleki. Żartujemy z moją koleżanką Niemką, że również Niemcy nie leżą w centrum Europy, bo Francję mają po lewej. A jak to jest być wysoką blondynką we Francji? No cóż, połóżmy nacisk na tę wysoką. Bo blondynek tu trochę jest, mimo że typowa Francuzka jest niska i ma ciemne włosy, do tego jest drobna i szczupła, przy czym to ostatnie cały czas niezmiennie mnie zastanawia- jak one to robią? Nie zrozumie o czym myślę ten, kto nie był we francuskiej cukierni i nie widział tych cudeniek... mój mały grzech z dzisiaj to mała tarta czekoladowo-orzechowa na kruchym cieście... Ale, wracamy do tematu.
Otóż przy moim wzroście 180cm, życie tutaj jest dość ciekawe. Jestem zazwyczaj jedną z najwyższych kobiet w metrze (to takie miejsce, gdzie ma się przekrój całego społeczeństwa w jednym miejscu, poza tym korzystam z niego codziennie i mam możliwość obserwowania ludzi dyskretnie i bezkarnie), a każdą wysoką dziewczynę witam z wdzięcznością, bo to zawsze raźniej. Nie jest to absolutnie mój kompleks, bo żeby nikogo nie urazić, ale moich nóg nie wymieniłabym na te małe francuskie chudzielce, ale mimo wszystko czuję, że w jakiś sposób się wyróżniam. A już na pewno, kiedy z moją kochaną długowłosą blond Niemką, również dość wysoką idziemy gdzieś razem. To już jest oczywiste, że Francuzkami nie jesteśmy ;)
Kolejną kwestią są stoliki w barach, restauracjach i bistrach w Paryżu, które są strasznie niskie! Jeżeli chcę usiąść na tak zwanej ławeczce

wzdłuż której ustawiony jest rząd małych stoliczków, kelner musi mi pomóc i odsunąć stolik, tak żebym mogła się jakoś pod niego wcisnąć z moimi nogami. Wszystko to jednak urocze perypetie dnia codziennego. Koszmar zaczyna się, kiedy chcę sobie kupić spodnie. W Polsce też nie było tu nigdy łatwe, ale jeżeli średnia wzrostu to 165 cm, to nikt nie będzie hurtowo sprzedawał dżinsów dłuższych o kolejne 15 cm. Jak czasami myślę o Julii Child, słynnej amerykańskiej kucharce, która była dużo wyższa niż ja, a żyła tutaj w latach 50., to już rozumiem, dlaczego ubrania sprowadzała sobie ze Stanów... ;)
A tu widok utrwalony na zdjęciu przez mojego kolegę, który ma profesjonalny aparat i uchwycił jeden w tych momentów, w których przypominam sobie, dlaczego chcę tu żyć i dlaczego tak kocham to miasto.

Widok z mostu pomiędzy placem Concorde a Zgromadzeniem Narodowym, tuż po zachodzie słońca.
A z bardzo dobrych wiadomości, to skończyłam sesję, co oznacza, że teraz zajmę się odkrywaniem Paryża i języka francuskiego ze zdwojoną energią! W ramach tego mam już plan kolejnych obiektów do zwiedzenia, poza tym staram się oglądać dużo francuskich filmów bez napisów i dubbing. I właśnie wychodząc jednego razu z kina przy Operze, ważnego miejsca w tym mieście, dość modnego, gdzie do kina ustawiają się kolejki, zauważyłam małą myszkę wspinającą w sali po ścianie do kratki wentylacyjnej. No cóż, Paryż Paryżem, Opera Operą, nigdzie nie jest idealnie ;)

2 komentarze:

  1. Mon Dieu! Przecież to był Stuart Malutki! Oscarowa mysz! Jak mogłaś go nie poznać ty niemądra kobieto ze Wschodu! ;) a tak szczerze to dziwne, że jeszcze Cię nie wyłapał jakiś headhunter Diora czy YSL'a! Paryż - piękny! zazdroszczę!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wyłapał mnie ostatnio ten headhunter, który sprawdzał bilety w metrze, zawsze coś ;)

    OdpowiedzUsuń