wtorek, 7 lutego 2012

Katakumby

Miniony weekend był dość zróżnicowany, jeśli chodzi o aktywności, choć jedną cechą wspólną był fakt, że ciągle mi zimno! Przypuszczam, że nie jestem jednak jedyną osobą, która marzy już o wiośnie, dlatego nie kontynuuję wątku, czekajmy cierpliwie. W piątek w nocy byłam na bardzo udanej imprezie do samego rana, a miernikiem jest to, że stopy bolały od tańczenia. W sobotę podjęłam pierwszą próbę zwiedzenia katakumb, ale kolejka, mimo przenikliwego zimna okazała się tak długa, że nie zdążyłabym do ostatniego wejścia o godzinie 16. Zamiast tego poszłyśmy z koleżanką na kawo-lunch i tak się zagadałyśmy, że spóźniłabym się o mały włos do mojego małego Gastona, którego pilnowałam tego wieczora.
Za to w niedzielę, przy drugiej próbie i odstaniu swojego w znów strasznie długiej kolejce na chodniku (zima, mróz, katakumby w niedzielę- myślałam, że tylko ja mam takie nietypowe pomysły, a tu proszę) udało mi się w końcu zejść do podziemi. W skrócie jest to miejsce utworzone w celu przeniesienia tam szczątek początkowo z cmentarza Innocents w centrum miasta w pobliżu dzisiejszego Chatelet, a później także z innych cmentarzy. Szczątki, a właściwie same kości zaczęto transportować już pod koniec XVIII w., ale w tamtym czasie w katakumbach dochodziło do wielu wypadków, osunięć ziemi, zawalenia się domów położonych w pobliżu. Prawdopodobnie (moje przypuszczenie) poziom techniki i wiedzy budowniczej nie był jeszcze na tyle rozwinięty. Bo do katakumb schodzi się naprawdę głęboko, głęboko pod ziemię, jeszcze niżej niż poziomy, na których kursuje metro (piszę poziomy, bo nie wszystkie linie jeżdżą na tej samej wysokości. Np. najnowsza całkowicie automatyczna linia 14, którą przemieszczam się na uniwersytet jest położona najniżej). Wychodząc już na powierzchnię trzeba pokonać 84 bardzo wysokie stopnie, więc osobom na kacu, z zakwasami na nogach lub skręconymi kostkami nie polecam tej wyprawy. Zaskakująca jest też sama długość korytarzy- żeby dojść do głównych "zbiorów", trzeba pokonać 500 metrowy wąski i niski korytarz.
Kości w katakumbach ułożone w sposób bardzo precyzyjny, przemyślany, wręcz artystyczny. Może kilka zdjęć będzie dobrym wstępem do dalszego opowiadania:




Całe te kompozycje widoczne dla zwiedzających ułożone są z kości piszczelowych i czaszek. Jednak za tą widoczną warstwą w głąb ściany, jak to się wydaje, zgromadzone jest prawie 30m pozostałych kości. Ogólnie ilość tych kości, które znajdują się w paryskich katakumbach jest porażająca. Ale wszystko jest dokładnie uporządkowane, razem z tablicą informacyjną z jakiego cmentarza i w którym roku zostały one przeniesione. Oprócz tego, znajduje się tam bardzo dużo kamiennych tablic z fragmentami wierszy znanych poetów, urywkami powieści, różnego rodzaju memento mori i przestrogami. Samo wejście opatrzone jest tym napisem:
"Zatrzymaj się! To jest królestwo śmierci".
Teksty wyryte na kamiennych tablicach wywołują równie przytłaczający efekt:
"Straszna jest śmierć grzesznika" (powyżej po łacinie, poniżej po francusku)
"Wraz ze śmiercią zostawia się wszystko"
Sprawia to dość przygnębiające wrażenie, ale ta wizyta ma też drugą stronę medalu- refleksję. Ten widok, te słowa tuż obok niezliczonej ilości anonimowych szczątków skłania do zastanowienia się, czy to naprawdę wszystko co nas czeka? Co dalej? I co właściwie jest warte życie, co z nim zrobić? Jest to chyba pierwsze miejsce w Paryżu, które zapadło w mi pamięć w ten specyficzny sposób- nie jako doznanie artystyczne, uczta dla zmysłów, radość dla oka, ale jako wizyta w miejscu, które porusza tę głęboko schowaną strunę, strach, obawę i niepewność.
Katakumby były przez kilka miesięcy zamknięte z powodu włamania w 2009 roku i strat oraz zniszczeń w jego wyniku. Nie ma miejsc świętych. Również kilka lat temu włamano się w nocy i odprawiono tam mszę satanistyczną.
Ogólnie ludzka tendencja do dotykania i niszczenia wszystkiego wokół jest wszechobecna. Moje wyobrażenie przekroczył moment, kiedy przy wyjściu pan pilnujący sprawdził nam torebki, czy nie wynosimy sobie przypadkiem jakiejś czaszki... I rzeczywiście było to uzasadnione, w wielu miejscach tych kompozycji z kości brakowało jakiejś wyrwanej czaszki lub kawałka nadłamanego piszczela.
Mnie natomiast fascynowało fakt, jak bardzo czaszka ludzka staje się lustrem przebytych chorób i schorzeń. Widziałam czaszkę uszkodzoną przez dżumę, inną zdeformowaną być może przez jakąś chorobę lub wadę genetyczną, jeszcze inne, na których widać było ślady uderzeń ostrymi narzędziami. Doskonale widoczne są też linie sklepiania się czaszki. Z punktu widzenia naukowego, jest to dość ciekawa lekcja.
Zdaję sobie natomiast sprawę, że ten post jest dość ponury i specyficzny, ale chcę odkrywać Paryż od każdej strony, również tej mrocznej, co w tym przypadku jest w zasadzie tylko częścią bogatej historii tego miasta. Wraz z rosnącą populacją, przeludnione miasto, które nie rozprzestrzeniało się ze względu na ograniczenia długo zachowanych murów miejskich, stanęło w pewnym momencie przed problemem sanitarnym, odorem i niebezpiecznymi wyziewami pochodzącymi z przepełnionych cmentarzy usytuowanych tuż obok zabudowań mieszkalnych.

1 komentarz:

  1. Masz naprawdę wspaniałą okazję. Czytam Twojego bloga z wypiekami na twarzy :)

    OdpowiedzUsuń