poniedziałek, 26 września 2011

3 tygodnie

Tyle dokładnie minęło od mojego przyjazdu tutaj. Z jednej strony ten czas zleciał mi bardzo szybko, w tym czasie zmieniło się wszystko: miasto, język, znajomi, jakiś ustalony rozkład dnia, to, co jem itd. I chyba z tego powodu z drugiej strony wydaje mi się jakbym tu już była długo, co pewnie jest oznaką tego, że już się zaaklimatyzowałam i jestem gotowa w pełni poznawać to cudowne miasto oraz język i kulturę Francji. I tu chyba z naciskiem na język, bo jak do pory nie miałam okazji zrobić postępu w mówieniu... Na szczęście od jutra zaczną się już regularnie zajęcia z wszystkich wydziałów i teraz będę mogła bardziej się osłuchać i spędzać więcej czasu w towarzystwie Francuzów.
A jeśli chodzi o minione dni, podczas których byłam nieobecna na blogu, to minęły one dość leniwie i imprezowo. W czwartek odbyła się duża impreza dla Erasmusów, na którą dotarłyśmy z Kasią bardzo późno, bo do 24:30 pilnowałam Gastona, zanim dojechałam w umówione miejsce do Kasi, to uciekło nam ostatnie metro do tej dyskoteki, więc zrobiłyśmy sobie miły spacer po nocnym Paryżu. Mi niestety na samej imprezie nie za bardzo się podobało, poza tym źle się poczułam i po prostu wróciłam do domu. I dopiero w autobusach nocnych człowiek docenia szybkość metra i uświadamia sobie odległości w tym mieście- wracałam autobusem 40 min!
Piątek był tradycyjnym wieczorem pikniku na Polach Marsowych, gdzie udałyśmy się również my trzy z Kasią i Agatą i tak zasłuchałyśmy się w chłopców, którzy grali na saksofonie i śpiewali na trawie, że nie znalazłyśmy już i nie dołączyłyśmy do grupy Erasmusów.
Sobota była chyba najsympatyczniejszym dniem tego tygodnia. Do południa zwiedziłyśmy Musee de Tokyo, gdzie jest wystawa sztuki nowoczesnej, przełyśmy przez niezwykły francuski targ, gdzie można znaleźć tak rozmaite, kolorowe, pachnące i przyciągające wzrok produkty spożywcze, że właściwie to głowy chodziły nam na bok z jeszcze większym entuzjazmem niż w muzeum, a oczy chciały wszystkiego spróbować. Jednak na lunch wybrałyśmy pizzę w okolicy Saint Germain, a po południu pędziłam już na Montmartre na kawę z moim licealnym kolegą, z którym nie widzieliśmy się od 5 lat! A wieczorem ja z Piotrem i jego francuskimi kumplami, Agata ze parą znajomych z Polski , Kasia z kolegami Francuzami spotkaliśmy się wszyscy przy Pont Neuf nad brzegiem Sekwany i piliśmy wino. Ludzi było tam tyle, że czasami uczelniane korytarze są bardziej puste ;)
Dodam, że od paru dni pogoda nas rozpieszcza i jest 25 stopni, wieczory są wyjątkowo jak na koniec września ciepłe, a dzisiejszy dzień był wręcz upalny. Dlatego wykorzystałam to na wizytę w moich ulubionych Ogrodach Luksemburskich, gdzie udałam się z brunchem i książką do czytania. I tak sobie wtedy pomyślałam, że jeżeli ktoś by powiedział, że mam 3 h do spędzenia w Paryżu i mogę w tym czasie odwiedzić jedno miejsce, to wybrałabym chyba Ogrody Luksemburskie i spacer po Boulevard Saint Michel, Odeonie i Saint Germain. Zobaczymy, czy jak lepiej poznam miasto i w czerwcu zadam sobie to samo pytanie, to czy odpowiedź będzie inna...
Nie umieszczam żadnych zdjęć, bo czekam na przesyłkę z Polski, w której powinnam znaleźć ładowarkę do baterii z aparatu. Jak się ostatnio okazało, jednak zapomniałam czegoś spakować ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz