wtorek, 20 września 2011

Ach ta pogoda ;)

Jedną z rzeczy, które są zupełnie nieprzewidywalne i zmienne w Paryżu jest pogoda. Naprawdę nie wiadomo jak się ubrać, żeby nie było nam za ciepło ani za zimno i na nic zda się tutaj prognoza pogody. W ciągu dnia potrafi być pięknie i słonecznie, a co za tym idzie bardzo ciepło, po czym godzinę później zaczyna wiać silny wiatr i wszyscy szukają szalika (to jest część garderoby numer jeden w tym kraju, przynajmniej w Paryżu, szalik jest niezbędny i tak francuski jak naleśniki, Marsylianka i wieża Eifella). Co gorsza, pogoda potrafi być nawet całkiem inna po przejechaniu kilku przystanków metrem, kiedy wysiadamy w innej dzielnicy.  Dlatego ty najlepiej sprawdza się opcja ubierania na cebulkę i dotyczy to głównie obcokrajowców, ponieważ sami Francuzi sprawiają wrażenie, że nie przejmują się aurą i po prostu noszą, co chcą, nie okazując wcale, że jest im zimno czy gorąco.
I kończąc już zupełnie wątek pogodowy chciałabym tylko dodać, że niestety drugi weekend z kolei pogoda płata figla. W sobotę wczesnym po południu odbyłyśmy z Agatą miły spacer w okolicach katedry Notre Dame po Ile de Cite. Niestety przerażające wręcz tłumy sprawiły, że skierowałyśmy nasze kroki w mniejsze i trochę spokojniejsze uliczki.
A to zdjęcie z parku na tyłach katedry.

Na 17 byłyśmy umówione z Kasią w jej 16 dzielnicy, gdzie miałyśmy zrobić sobie kolację, wypić wino i z kolejną butelką i bagietką udać się wieczorem na piknik na Pola Marsowe. Kolacja były udana, podobnie jak deser i sery, ale zaczęło lać, więc  zostałyśmy w mieszkaniu Kasi, co wcale nie oznacza, że nie spędziłyśmy miłego babskiego wieczoru. Natomiast w niedzielę do południa byłyśmy również w trójkę umówione na śniadanie, z którego zrobił się właściwie brunch, nad urokliwym kanałem St. Martin. Przyniosłyśmy ze sobą bagietki, miód, sery, salami, oliwki, ciasteczka i croissanty i jadłyśmy przy spacerowej alejce, która ciągnie się wzdłuż kanału. Niestety zamiast korzystać  z pięknej niedzieli i cieszyć się słońcem, zaraz po zjedzeniu uciekłyśmy na rozgrzewającą kawę, bo było tak zimno, że nie mogłyśmy dłużej wysiedzieć.
A druga połowa niedzieli być może jako konsekwencja pogodowych wariacji została spędzona przeze mnie z katarem pod kocem i listą słówek do nauczenia ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz