piątek, 9 września 2011

Au paire z przypadku. Rue de Prony (ulica de Prony)


To, co właśnie piszę zostanie zamieszczone na blogu z jednodniowym opóźnieniem.  A dlaczego, to już wszystko po kolei :)
Powodem braku Internetu jest to, że znalazłam nowe mieszkanie!!! :D Radość nieopisana, ponieważ to było chyba jedno z najlepszych możliwych rozwiązań, które mogły mnie spotkać w tym mieście.  Pierwszego dnia, kiedy rozmawiałam z tą siostrą, która prowadzi foyer, ona zapytała mnie czy szukałam jakiegoś pokoju w zamian za opiekę nad dzieckiem.  Ja akurat o takich możliwościach nie słyszałam, ale brzmiało to na tyle interesująco, że poprosiłam siostrę o kontakt do takich osób, które się do niej zgłaszają z ofertą.  Siostra dała mi namiary na panią,  do której zadzwoniłam i umówiłam się na rozmowę.  Pojechałam do niej we wtorek, okazała się młodą mamą 4 miesięcznego Gastona i szukała kogoś, kto mógłby się zajmować nim po cało etatowej niani, która zajmuje się chłopcem w ciągu dnia. Na kolejną rozmowę poszłam w środę, tym razem również z jej mężem i stanęło na tym, że jestem fille Au pair w zamian za pokój za darmo!:) Opiekować małym mam się ok. 15 godzin tygodniowo, głównie przez dwie godziny wieczorem zanim jego rodzice wrócą z pracy, czasami cały wieczór, jeżeli gdzieś wyjdą i po parę godzin w weekend. A sam pokój to oddzielna mini kawalerka ulicę dalej od tej rodziny, w przepięknej, bardzo „paryskiej” siedemnastej dzielnicy pełnej uroczych kawiarenek, bistro i sklepików. Jest maleńka, w jednym pomieszczeniu mieści się sypialnia, łazienka i kuchnia, kabina prysznicowa stoi tuż obok łóżka i czegoś takiego to właściwie nigdy nie spotkałam. Ale tak to jest, że w tej stolicy każdy metr jest na wagę złota. Najważniejsze, że pokój jest czyściutki, świeżo wyremontowany i wygodny. I znajduje się na paryskim poddaszu, co dzisiaj doskonale odczułam podczas przeprowadzki ;) Niestety w kamienicy popsuła się winda i to akurat wtedy, kiedy do moich olbrzymich walizek doszło jeszcze trochę pakunków w postaci środków czystości i wyposażenia kuchni (które musiałam sama sobie dokupić). Wszystkie zakupy zdążyłam zrobić jeszcze w tej dzielnicy, gdzie znajduje się foyer, ponieważ są tam duże supermarkety i tańsze niż tu w centrum. I tu kolejny raz potwierdziła się zasada, którą wyznaję w życiu, że wszystko dzieje się po coś. Kontakt do Madame Mermailad dostałam od siostry, a przy okazji poznałam kilka bardzo sympatycznych dziewczyn, z którymi dzieliłam los w naszej „piwnicy”. I dwie z nich były na tyle miłe, że pojechały ze mną i całą stertą bagaży taksówką, żeby na miejscu pomóc mi się jakoś wgramolić na to szóste piętro. Co zważywszy na to, że jestem we Francji, nie jest wcale niczym oczywistym, bo dla Francuzów pierwsze piętro po naszemu to jeszcze parter, więc mieszkam właściwie na siódmym (paryskie poddasze!:)). Całe szczęście jedna z nich naprawdę miała moc i wniosła sama dwie ogromne walizki, trzecią wniosłyśmy razem, a rozliczne mniejsze pakunki wymagały kilku rundek na górę. Ja po tej przeprowadzce byłam wykończona…
I tu właściwie chciałam poruszyć kolejny wątek dotyczący moich wcześniejszych obserwacji. Wczoraj stwierdziłam, że ogólnie Francuzi są bardzo szczupli, mało jest osób otyłych, jeżeli już to najczęściej są to Murzynki, które generalnie mają zupełnie inną budowę od drobnych Francuzek. Zastanawiałam się jak to możliwe, przy takiej ilości pysznych, ale kalorycznych serów i bagietek, które oni konsumują.  I kiedy zaczęły mnie wczoraj wieczorem boleć nogi doszłam do wniosku, który jak dla mnie był dość odkrywczy. Chodzi o metro! Podróżując po mieście tym środkiem komunikacji, przesiadając się na różnych stacjach pokonuje się codziennie dziesiątki schodów, które tylko w nielicznych miejscach są ruchome. Jeżeli do tego dochodzą popsute windy dla osób mieszkających dość wysoko nie potrzebne są żadne diety czy dodatkowe sporty. O, albo spacer na Montmartre (o ile się nie mylę najwyżej położony punkt Paryża, na który znów prowadzą setki stopni), gdzie wczoraj na spotkaniu integracyjnym Erasmusów wchodziliśmy pieszo- choć tam akurat warto się wdrapać, bo widok całego Paryża nocą jest imponujący. I sama atmosfera tego miejsca, które wieczorem tętni życiem, wszyscy siedzą w kafejkach, piją, rozmawiają i cieszą się przebywaniem w tym mieście.
Teraz kiedy mam z głowy problem zakwaterowania nadszedł czas na dużo przyjemniejsze zajęcia. Pierwszy raz zostaję z Gastonem dopiero w środę, więc mam kilka dnia na poznanie mojej nowej dzielnicy, spotkania integracyjne Erasmusów i sprawy organizacyjne. Muszę zapisać się na przedmioty, na które chcę uczęszczać, więc jutro (piątek) pójdę na spotkanie z moim koordynatorem naukowym.
I mam nadzieję, że od jutra będę miała już Internet w nowym mieszkaniu, bo tylko tego teraz mi tu brakuje. A bientot!:)
A tu bonus- zdjęcie z mojej pierwszej kolacji z nowego mieszkania, ulubiony ser Conte/

3 komentarze: