Na dzisiaj miałyśmy z Carolin zaplanowane zwiedzanie wystawy tymczasowej dzieł Cezanne i Matise w Grand Palais przy Polach Elizejskich. Okazało się, że nawet w południe jest duża kolejka do kupienia biletów, a że Carolin na 15 szła do lekarza (wszyscy po kolei chorują i łapią katar), bez sensu byłoby śpieszyć się i przelecieć przez całe muzeum w tempie ekspresowym. Dlatego muzeum przełożyłyśmy na wtorek, a dzisiaj nasze spotkanie skończyło się tak:
To jest po prostu niemożliwe, jak pyszne słodkości Francuzi potrafią przyrządzić. I mimo iż nadal uznaję wyższość włoskich deserów panna cotty i tiramisu, uważam, że macarony i te ich tarty najróżniejsze depczą Włochom po piętach...
Potem udałam się na pierwszy, prawdziwy jesienny spacer, wykorzystując dość chłodny, ale przepiękny i słoneczny dzień. I tak naprawdę pierwszy raz od mojego przyjazdu tutaj przeszłam lewym brzegiem Sekwany, bo zazwyczaj kręcę się na prawym brzegu, gdzie jest moja dzielnica, okolice Opery, gdzie są wszystkie sklepy, okolice Marrais, gdzie mam większość zajęć czy po prostu duża część miejsc wartych zwiedzania. Na lewym brzegu mam zajęcia w głównym budynku uniwersytetu, ale wtedy raczej nie zwiedzam, tylko pędzę na zajęcia, stołówkę albo łapać metro. Dlatego dzisiaj z wielką radością, nie śpiesząc się w ogóle przeszłam się od wysokości Grand Palais aż do Saint Michel i Ile de Cite, gdzie widziałam już Katedrę Notre Dame.
A po drodze...
Grand Palais widziany z przeciwległego brzegu
Widok na most Aleksandra III i wieżę Eiffela
Obelisk na Placu Concorde błyszczy w słońcu
Luwr w mojej ulubionej postaci, czyli oglądany z zewnątrz ;)
I oczywiście bukiniści, koło których nie potrafię przejść obojętnie i nie zatrzymać się, żeby chociaż trochę poszperać w skarbach, które tam mają. Dzisiaj od kupienia starego numeru Elle z 1959 roku powstrzymał mnie tylko brak gotówki przy sobie. A wśród nieprzebranych starych książek znalazłam tylko jednego polskiego autora, Gombrowicza, co i tak uważam za godną reprezentację.
I na koniec widok z Pont Neuf ze specjalną dedykacją dla Jakuba K., choć wydaje mi się, że Maga nie widziała w owym czasie sklepów w Samaritaine... ;)
Jedyna myśl, która zakłócała mi dzisiaj to relaksujące popołudnie dotyczyła języka. Zgadałam się już z kilkoma osobami z Erasmusa, które mają takie samo wrażenie jak ja, że na początku, kiedy tu przyjechaliśmy mówiliśmy lepiej, niż w tej chwili! Nie rozumiem dlaczego tak jest, czy żeby zrobić jakiś postęp i mówić lepiej najpierw musi nastąpić regres? I jak długo trzeba jeszcze czekać na ten krok do przodu? Chodzi oczywiście o mówienie, dzięki Bogu rozumiem dużo więcej niż jestem w stanie powiedzieć, no chyba że mówi to Wietnamczyk w chińskiej dzielnicy ;) choć myślę, że ich nie rozumieją nawet Francuzi...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz