Pierwsza niedziela października przypominała upalny lipiec, a spędziłam ją w Wersalu z koleżanką z Niemiec. Zwiedzanie zaczęłyśmy jednak od zjedzenia lunchu na trawce niedaleko wejścia do pałacu i dobrze zrobiłyśmy, bo przypuszczam, że nie miałybyśmy siły pokonać tych kilometrów, które przeszłyśmy. Sam pałac już od bramy ocieka wręcz złotem, a ilość zdobień, kolorów, detali przyprawia o zawrót głowy. Barokowa obfitość nie jest moim ulubionym stylem, ale muszę przyznać, że robi to wrażenie. Razem z Carolin nie byłyśmy zbyt wnikliwe i nie czytałyśmy podpisu pod każdym obrazem czy popiersiem niezliczonej ilości królów, książąt, markizów, wodzów, doradców, księżnych, księżniczek, faworyt, których podobizny zdobią pałac. Oglądałyśmy dokładniej te bardziej znane obrazy, zachwycałyśmy się meblami (słynne łoże Marii Antoniny), dywanami, obiciami ścian w najróżniejszych kolorach, żyrandolami, a przede wszystkim widokiem na park przez ogromne okna. I szczerze mówiąc z powodu tłumu turystów i dusznego powietrza w środku nie mogłam się doczekać spaceru po ogrodzie. Jednak w planach miałyśmy jeszcze najważniejszy, główny właściwie powód naszej wizyty w Wersalu w tym terminie. Była to bowiem ostatnia okazja obejrzenia tymczasowej wystawy sukien i strojów znanych projektantów inspirowanych modą XVIII wieku, a także oryginalnych ubrań z tamtej epoki. Wystawa, którą zamykają 9 października miała miejsce w pałacyku Griand Trianon, położonym na uboczu ogrodów wersalskich. Kiedyś Trianon to była osobna wieś, którą Ludwik XIV kupił i przyłączył do swojej wersalskiej posiadłości. W Grand Trianon spędzał czas ze swoją faworytą panią de Maintenon. Jeśli chodzi o samą kolekcję tam zaprezentowaną, to znalazły się tam stroje haute couture Alexandra McQueena, Vivienne Westwood, Chanel, Balenciagi, Thierry'ego Muglera, Diora czy Jeana Paula Gaultiera, niektóre z najnowszych kolekcji, większość z lat 90., a nawet dwie sukienki z lat 50. Jako dwie amatorki mody byłyśmy bardzo szczęśliwe, że udało nam się jeszcze zobaczyć dzieła mistrzów igły i nitki, mimo że nic z zaprezentowanych ubrań nie nadaje się do noszenia;)
Moja ładowarka do aparatu jeszcze nie dotarła, ale na szczęście Carolin zrobiła mnóstwo zdjęć i niektóre już zdążyła mi przesłać. Kiedy fotografowałyśmy się w ogrodach, to śmiała się, że te zdjęcia wyglądają jak pamiątki z wakacji w samym środku lata.
Podsumowując Wersal, to jest to miejsce, do którego chcę jeszcze wrócić podczas mojego pobytu w Paryżu. Niekoniecznie muszę zwiedzać ponownie sam pałac w środku, pośród tłumu turystów popychających się i wchodzących sobie w kadr- marzę raczej o spacerze w jesiennej lub wiosennej scenerii po ogrodach, które są tak piękne i tak rozległe, że można w nich spędzić cały dzień.
Chciałabym jeszcze na koniec dorzuć moją obserwację z życia codziennego. Francuzi biją nas na głowę jeśli chodzi o ilość czytanych książek! Codziennie w komunikacji miejskiej, w parkach, skwerach, kawiarniach widzę setki ludzi w różnym wieku, którzy czytają najróżniejsze książki. W księgarniach są tu dostępne bardzo poręczne wydania kieszonkowe, drukowane na cienkim i lekkim papierze, tak że nawet sześciuset stronnicowego Zafona można bardzo wygodnie czytać na stojąco w metrze. Nie wiem czy jest to kwestia wychowania, nawyków wpojonych przez szkołę czy po prostu wynika to z ilości czasu spędzanej na dojazdach w mieście, ale aż mi wstyd. Polacy, zacznijmy więcej czytać! Oczywiście istnieje tu pewna zależność, jeśli chodzi o przynależność do klasy społecznej i wykształcenie, co jest przez Francuzów podkreślane. Byłam dzisiaj tego świadkiem podczas zajęć na uczelni, kiedy pani profesor stwierdziła, w kontekście pewnej sytuacji z życia społeczeństwa amerykańskiego, że w społeczeństwie francuskim niemożliwe jest, żeby klasa wyższa/klasa średnia miała podobne zainteresowała, czytała i oglądała podobne rzeczy, co reprezentanci najniższej klasy. Bonne soiree:)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz