Przepiękna pogoda, niezwykle wysokie temperatury, również wieczorami oraz bezchmurne niebo same proszą się o to, żeby przywołać lato, które w Paryżu, podobnie jak w Polsce w lipcu i w sierpniu było dość kapryśne, deszczowe i chłodne. A to sprzyja spacerom, wylegiwaniu się w parkach i skwerach. Z moich obserwacji wynika, że Francuzi uwielbiają spędzać czas w parkach, tych dużych i znanych jak Ogrody Luksemburskie czy Jardin de Tuilleries, jak w również w tych mniejszych, w pobliżu swoich dzielnic. Sami, w grupie przyjaciół czy całymi rodzinami leżą na trawie, ławkach, czytają książki, grają w karty, gry planszowe, na gitarze, jedzą, opalają się, a dzieci bawią się, biegają i robią dużo hałasu. W ostatnich dniach wszystkie zielone miejsca w tym mieście były więc bardzo ożywione i dość tłoczne, tak jak i piękny park Monceau w mojej siedemnastej dzielnicy, w którym spędziłam dzisiaj popołudnie po zajęciach.
Moim największym odkryciem tego tygodnia okazało się położenie jednego z wydziałów, na którym mam zajęcia ze studiów anglo-amerykańskich. Co prawda byłam już tam wcześniej parę razy, ale zawsze w pośpiechu, zajęta innymi sprawami nie analizowałam miejsca i okolicy. Otóż wydział, który jest malutki, mieści się w jednej z kamienic urokliwej uliczki Charles V dwie przecznice od Sekwany. Położony na prawym brzegu otwiera starą, zabytkowa i znaną dzielnicę Marrais. Niedaleko jest plac Bastylii, a idąc w przeciwnym kierunku wzdłuż rzeki dojdziemy do Ile de Cite, gdzie znajduje się katedra Notre Dame. Jest to naprawdę blisko, w czasie półtoragodzinnego okienka zdążyłam zjeść lunch w parku, przejść się nadbrzeżem oglądając skarby i stare książki wystawione u bukinistów oraz wypić kawę w małej kawiarence z widokiem na katedrę i Panteon. Na zajęcia też, choć ciężkim sercem, dotarłam na czas ;)
Thomas Jefferson, zanim został prezydentem Stanów Zjednoczonych był przez 4 lata ambasadorem w Paryżu. Był on osobą nieprzekonaną do dużych miast i uważał, że są one siedliskiem korupcji. Pierwszym miejscem, w jakim zamieszkał w stolicy Francji były okolice giełdy (łatwo znaleźć to miejsce, bo tak nazywa się nawet przystanek metra) w drugiej dzielnicy, a więc w samym sercu miasta. Jednak towarzystwo majętnej arystokratycznej ówczesnej śmietanki tego miasta bardzo go męczyło, a swojego sąsiada, pewnego bardzo zamożnego i znanego jegomościa wręcz nienawidził, dlatego szybko przeniósł się na obrzeża miasta... w okolice Pól Elizejskich! Zadziwiające jest, jak bardzo zmieniło się miasto, że kiedyś jeden z symboli obecnego Paryża stanowił jego obrzeża i okolicę słabo zaludnioną. Ale stąd właśnie nazwa pola, pokazująca, że tereny te były dopiero zagospodarowane. W owych czasach moja siedemnasta dzielnica była pewnie jeszcze jakąś wsią, gdzie uprawiano rolę i posiadano sady ;)) choć to ostanie w przeciwieństwie do prawdziwej historii Jeffersona jest tylko moim przypuszczeniem.
Jednym ogromnym mankamentem Paryża jest brud i śmieci, które walają się po chodnikach i ulicach wszędzie, nie oszczędzając żadnej dzielnicy. Mimo że koszy na śmieci jest bardzo dużo, nie chroni to miasta przed bałaganem. I można by to zrozumieć przy tak ogromnej liczbie mieszkańców, niezliczonej ilości turystów przybywających tu przez cały rok, ale niestety winne są tu też nawyki samych Paryżan. Wyrzucanie petów gdzie popadnie jest na porządku dziennym (podobnie jak wrzucanie ich do Sekwany, czego już w ogóle nie potrafię zrozumieć ani zaakceptować), nawet siedząc w kawiarnianym ogródku (w tym wypadku przy stoliku wystawionym na chodniku) rzuca się je sobie pod nogi. I mimo że miasto posiada dość sprawny system sprzątania, nie jest w stanie na bieżąco utrzymać porządku na ulicach.
Faktem jest, że Paryż pod wieloma względami nie jest idealny, ale wciąż pozostaje magiczny, nieodkryty i przepiękny.
P.S Zdjęć nie ma, ponieważ wciąż czekam na przesyłkę z ładowarką do aparatu...
Super! Miałem podobne spostrzeżenia odnośnie czystości... Niestety Francuzi to brudasy.
OdpowiedzUsuń